Mystkowski, Unia Europejska, 25.03.2017

 

Żółć Beaty Szydło

Na zdjęciach grupowych z początku szczytu UE w Rzymie Beaty Szydło nie było widać, przesunięto ją do tyłu, w odpowiednik miejsca dla outsiderów, oślej ławki. Media nad jej postacią się „znęcały” pytaniem: znajdź premier Szydło na powyższym zdjęciu. Faktycznie – bez okularów nie można było jej wypatrzeć. Zagadkę rozwiązywano na następnym zdjęciu – czerwoną strzałką wskazywano ledwie widoczne pół twarzy pani premier.

Więc następnego dnia Szydło ubrała się, jak służby drogowe, na cytrynowo, który to kolor odblaskowy sygnalizuje: uwaga! zachowaj bezpieczeństwo. Niektórzy nawet kombinowali, że kolor żółty jest przynależny najstarszemu zawodowi świata.

Ten najstarszy zawód to jednak – kler, a watykańskie barwy wszak są żółte. Mniejsza o symbolikę kolorów, bo przecież można wyciągnąć wniosek, że żółte papiery wystawione były niegdyś takim ludziom, którzy za siebie nie odpowiadali. Premier Szydło nie odpowiada za polską politykę, odpowiada tylko przed Jarosławem Kaczyńskim, który jej zleca wykonanie zadania. Po powrocie z Rzymu więc zamelduje: „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania!”

Z tymi żółtymi barwami to także nie koniec, bo oto na zakończenie unijnego szczytu premier Szydło powiedziała, jako outsider z oślej ławki: „Polska będzie pokazywać kierunki, w których powinna pójść Unia Europejska”. Na retorykę Szydło przywódcy unijni mogą litościwie spuścić zasłonę milczenia, ale niestety – nie my.

Do pozycji w oślej ławce zastosowali się pozostali politycy PiS w Polsce. Polacy manifestowali poparcie dla Unii dla podpisanej Deklaracji Rzymskiej, wyrażaliśmy się idąc w marszu „Kocham cię, Europo!”, bądź śpiewając „Odę do radości”.

Czy widziano wśród uczestników marszu poparcia dla Unii Europejskiej prezydenta Andrzeja Dudę, albo innego pisowskiego polityka? Nie! Uciekli do Piotrkowa Trybunalskiego, aby obchodzić  Dni Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Szydło w Rzymie używała żółtej retoryki, iż PiS pokaże kierunki UE, a Duda klęczał w kościele oo. Jezuitów w Piotrkowie Trybunalskim. Na zdjęciach widziałem obok Dudy Antoniego Macierewicza. Czy prezydent pogadał sobie z nim na temat liścików, które słał do ministra w sprawach wojskowych?

Europa dwóch prędkości staje się faktem, PiS wyznacza nam kierunek „oślej ławki”, ale Polacy mają zupełnie inne zdanie. Zdarzenia jak na poprzednim szczycie w Brukseli, gdy odniesiono słynny „sukces” 1:27 stymulują postawy Polaków, którzy jeszcze bardziej chcą się integrować w ramach UE. Pod rządami PiS zaszło coś odwrotnie oczekiwanego przez obecną władzę.

W sondażu dla OKO.press „Za jaką Europą Polska powinna się odpowiedzieć” tylko w przeciągu pół roku (od września 2016 roku do dzisiaj) poparcie dla integracji wzrosło z 43 proc. do 59 proc.,  za niezależnością państw było pół roku temu 41 proc., a dzisiaj jest tylko 28 proc.  Za wyjściem Polski z UE też mniej opowiada się Polaków – było 8 proc. jest 6 proc.

Im PiS bardziej obrzydza Unię Europejską, tym więcej Polaków chce jej powiedzieć: „Kocham cię, Europo!” Miłość nie wybiera, pada na głowę, Polakom padła na głowę Unia Europejska, a chcą się rozwieść z PiS, oby do tego ostatnie – rozwodu – doszło jak najszybciej. Wszak nie podzielamy miejsca w oślej ławce, ani żółych papierów, ostrzeżeniem jest polityk w żółtej garsonce: uwaga, niebezpieczeństwo! Taką mamy żółć na PiS!

 


http://www.radiomaryja.pl/informacje/piotrkow-trybunalski-zakonczyly-sie-obchody-dni-przyjazni-polsko-wegierskiej/

, 25 MARCA 2017

Polacy zapragnęli innej Europy niż Kaczyński. Nawet wyborcy PiS chcą większej integracji. Brukselska nauczka?

Aż 59 proc. Polaków jest za zwiększeniem europejskiej integracji i wzmocnieniem Komisji Europejskiej, a tylko 22 proc. za bliskim PiS hasłem niezależności suwerennych państw. Nawet w elektoracie PiS „integracja” przeważa nad „niezależnością”. Ta nowa wersja polskiego euroentuzjazmu jest pewnie wynikiem klęski „polityki suwerenności” na szczycie UE 9 marca

W marcowym sondażu IPSOS dla OKO.press powtórzyliśmy pytanie zadane już we wrześniu, które ma badać stosunek badanych do sporu o przyszłość UE, w tym zwłaszcza ich podatność na narrację PiS o zachowaniu „narodowej suwerenności” zagrożonej przez nadmierną integrację, która partii Kaczyńskiego myli się z ingerencją.

Stwierdzaliśmy, że „według powszechnej opinii Europa przeżywa kryzys” i pytaliśmy „za czym powinna opowiedzieć się Polska”. Do wyboru były trzy odpowiedzi:

  • za ściślejszą współpracą państw i zwiększeniem roli Komisji Europejskiej,
  • za ograniczeniem współpracy do spraw gospodarczych i większą niezależnością państw,
  • za wyjściem Polski z UE.

Porównanie wyników sondażu sprzed pół roku z obecnym jest szokujące:

ZA JAKĄ EUROPĄ POWINNA OPOWIEDZIEĆ SIĘ POLSKA: WIĘCEJ INTEGRACJI (KOLOR GRANATOWY)? NIEZALEŻNOŚCI PAŃSTW (CZERWONY)? WYJŚCIEM POLSKI Z UE (ŻÓŁTY)

Wyniki w proc. dwóch sondaży IPSOS dla OKO.press we wrześniu 2016 i marcu 2017


We wrześniu dwie przeciwstawne opcje były w równowadze, w marcu „więcej integracji” miało dwukrotnie silniejsze poparcie niż „niezależność państw”. Nawet elektorat PiS (czyli 32 proc. badanych, którzy deklarują chęć głosowania na partię Kaczyńskiego), nieco częściej wybierał „więcej integracji” (44 proc.) niż „niezależność państw” (42 proc.). We wrześniu za „integracją” było tylko 22 proc. „pisowców”, a za „niezależnością” 60 proc.

Przegrana bitwa PiS

To spektakularna porażka polityków PiS, którzy próbują przekonać do swojej koncepcji Unii Europejskiej. Mialaby ona być – jak głosi już program PIS – „narzędziem realizacji polskich interesów narodowych i stworzenia sprzyjającego nam środowiska międzynarodowego we współpracy z innymi państwami, a nie celem samym w sobie czy kresem polskiej polskiej podmiotowości”. Polska ma prowadzić „własną, dwustronną i wielostronną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa”. Wedlug programu PiS

„odpowiedzią na problemy integracji europejskiej nie jest więcej integracji, czyli więcej centralizacji, ale więcej wolności i solidarności w Europie”.

PiS snuło wizje „Europy wielu centrów” i zmniejszenia roli „centralnej biurokracji unijnej”.

Brukselska nauczka

Takie nastawienie PiS wobec wspólnoty europejskiej znalazło karykaturalny wręcz wyraz na szczycie 9 marca w Brukseli, gdzie „zagrywka Sariuszem-Wolskim” miała utrącić kandydaturę Donalda Tuska na drugą kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej. Doszło jednak do kompromitującej samoizolacji rządu PiS.

W tym samym marcowym sondażu IPSOS dla OKO.press zapytaliśmy o ocenę działań rządu na brukselskim szczycie. Okazała się miażdżąca: 74 proc. badanych uznało, że rząd poniósł porażkę, w tym takiego zdania była aż połowa wyborców PiS na ogól łatwo przyjmujących PiS-owską propagandę sukcesu.

Przeczytaj też:

Klęska propagandy PiS. Sondaż OKO.press: Szczyt Unii 9 marca to klęska rządu, sukces Polski, triumf Tuska

PIOTR PACEWICZ  24 MARCA 2017

Wydaje się prawdopodobne, że brukselskie fiasko rządu Beaty Szydło podważyło zaufanie części opinii publicznej do kompetencji europejskich PiS i sprawiło, że ludzie przestali wierzyć w skuteczność „politykę suwerenności”. Wręcz odwrotnie, w wersji PiS okazała się ona wręcz ryzykowna. I dlatego tak wiele osób postawiło w marcu na „większą integrację” jako lepszy wariant dla Polski.

Na podstawie wyników sondażu należałoby oczekiwać wysokiej frekwencji na dzisiejszej (25 marca 2017) demonstracji w Warszawie „Kochamy cię, Europo”.

Kto za integracją a kto za suwerennością

Z elektoratów partyjnych model „więcej niezależności” wybierali najczęściej zwolennicy:

  • partii Wolność Korwin-Mikkego – 52 proc.,
  • Kukiz 15 –  51 proc.,
  • PiS – 42 proc. oraz
  • PSL – 32 proc.

Odwrotnie, najwięcej zwolenników/czek pogłębiania integracji znalazło się w elektoratach

  • PO (85 proc.),
  • Nowoczesnej (81 proc.) i
  • SLD (79 proc.).

Wystąpiła też wyraźna różnica genderowa:

kobiety częściej są za europejską integracją niż mężczyźni (63 proc. do 55 proc.), mężczyźni zaś częściej za suwerennością państw (33 do 23 proc.).

Lepiej wykształceni i mieszkańcy największych miast byli nieco częściej za „integracją”, ale różnice z gorzej wykształconymi  nie były duże, a na wsi – gdzie poparcie dla PiS jest największe – za modelem większej integracji UE było aż 61 proc.

 Kto za wyjściem?

Odsetek zwolenników i zwolenniczek wyjścia Polski z UE jest tradycyjnie niski – 8 proc. Nieco wyższy jest tylko wśród najmłodszych (18-24 lata oraz 25-29 lat) – po 11 proc. A także, zgodnie z programem partii Wolność, wśród wyborców partii Wolność Korwin-Mikkego – 34 proc. To i tak oznacza brak partyjnej dyscypliny.

 

OKO.press

Radosław Sikorski w rozmowie z „Newsweekiem” mówi o tym, jak to Polska wstępowała do Unii Europejskiej.

Radosław Sikorski: Jak Polska wślizgnęła się do Unii

25.03.2017

Najważniejszą zaletą Unii jest to, że stwarza dla Polski nowy kontekst geopolityczny. A w obszarze stosunków handlowych – gdzie, mówiąc słowami naszych nacjonalistów, „straciliśmy suwerenność”, realne interesy Polski są przez Unię chronione najskuteczniej.

Jakie były argumenty przeciwników przyjęcia Polski do Unii?

Radosław Sikorski: – Po pierwsze, na Zachodzie pokutują silne negatywne stereotypy wobec Europy Środkowej, które my teraz niestety odświeżamy. Po drugie, uważano, że przyjęcie biedniejszych krajów będzie oznaczało wieloletnie obciążenia dla jej dotychczasowych, znacznie bogatszych członków. I się nie pomylili. Ale to też stwarza zobowiązania wobec nas, że gdy my już się wzbogacimy i staniemy płatnikiem netto do budżetu UE, to pomożemy sfinansować tych, którzy są w Unii biedniejsi od nas albo będą jeszcze do Unii wstępować.

Na tym polega różnica pomiędzy Unią polityczną, czyli taką, w której planujemy wspólny los i wobec tego odsuwamy w przyszłość doraźną konsumpcję dla dobra projektu, a postrzeganiem Unii wyłącznie jako strefy wolnego handlu – przez eurosceptyków z zachodu Europy, ale także z Polski.

Demagogia

Jeśli przyjmiemy tę drugą koncepcję UE, wtedy zasadne staje się pytanie Nigela Farage’a, dlaczego brytyjski podatnik miałby finansować budowę warszawskiego metra. To jest demagogia, bo uczynienie z całej Europy obszaru politycznie stabilnego, rozwijającego się ekonomicznie i cywilizacyjnie, to realny zysk dla całej europejskiej gospodarki i dla obywateli każdego państwa, które w ten projekt zainwestowało. Ale jestem ciekaw, co będą mówić nasi nacjonaliści, gdy Polska – oby jak najszybciej – stanie się tak zamożna, aby być płatnikiem netto, i będzie potrzeba dołożenia cegiełki do metra w Kiszyniowie.

Jak zachodni liderzy spacyfikowali opór populistów przeciwko rozszerzaniu Unii na Wschód?

– Dokumenty takie jak traktat z Maastricht, traktat z Amsterdamu, regulacje dotyczące otwarcia dla nas zachodnich rynków pracy czy obsady stanowisk w instytucjach europejskich tworzyły de facto okresy przejściowe dla naszej pełnej obecności w Unii. My przez nie przeszliśmy bardzo sprawnie, to jednak oznaczało wchodzenie do Unii etapami, bo co prawda państwem członkowskim UE staliśmy się w 2004 roku, ale wejście do strefy Schengen to był dopiero rok 2007 rok, pełne otwarcie rynków pracy to bodajże rok 2014, a wejście do strefy euro, do czego traktat europejski nas obliguje, nadal nie nastąpiło.

Kiedy na Zachodzie zapadła decyzja, że Polskę będzie się przyjmować do Unii?

Przyjęcie nas do Unii wydawało się nieuniknionym ukoronowaniem zakończenia zimnej wojny i końca podziału Europy, ale naszym zamożniejszym kuzynom się nie spieszyło. A dla nas termin był kluczowy, bo wiedzieliśmy, że dobra koniunktura nie będzie wieczna.

Szczęśliwie dla nas była wówczas szlachetna rywalizacja pomiędzy NATO i Unią o to, do której z tych organizacji kraje naszego regionu wejdą wcześniej. Stany Zjednoczone odegrały kluczową rolę, przyspieszając – wbrew wątpliwościom niektórych państw europejskich – nasze przyjęcie do NATO. Ale drugim kluczowym momentem była deklaracja, którą złożyły Niemcy – że żadnego następnego rozszerzenia Unii nie będzie bez Polski. Mało kto pamięta z kolei, że Grecja groziła wetem, gdyby rozszerzenie miało nie objąć Cypru. Niektóre kraje naszego regionu liczyły też, że państwa Europy Zachodniej będą chciały najpierw przyjąć parę mniejszych krajów z Europy Środkowej „na próbę”. A pamiętajmy, że parę lat po naszym wejściu do UE zaczął się globalny kryzys finansowy, który mógł doprowadzić do zamknięcia Unii.

W momencie bezpośrednio poprzedzającym wejście Polski do Unii był pan w Waszyngtonie dyrektorem New Atlantic Initiative, ważnej instytucji pracującej na rzecz przyjęcia krajów naszego regionu do NATO. Stosunki Waszyngton – Bruksela były po interwencji w Iraku napięte.

Czy Amerykanie nie blokowali naszego wejścia do Unii? Nie bali się, że członkostwo w UE Polskę od nich politycznie oddali?

– Przeciwnie, nasze wejście do Unii Anglosasi postrzegali wówczas jako atut w procesie wzmocnienia atlantyckiej strony tożsamości UE. Mieli też nadzieję, że tak duże poszerzenie Unii doprowadzi do jej instytucjonalnego rozwodnienia. Wtedy w Waszyngtonie ekspertami od Europy byli Brytyjczycy i tak to Amerykanom tłumaczyli.

Czasami ta nadzieja, że Polska będzie koniem trojańskim w UE, przybierała groteskowe formy. Pamiętam, jak jeden z późniejszych ministrów brytyjskich, dziś czołowy zwolennik Brexitu, powiedział do mnie: „My liczymy na was, Polaków, że tak jak walczyliście z jarzmem sowieckim, tak wspólnie będziemy walczyć z jarzmem brukselskim”. Niestety, dzisiaj także w Polsce są politycy, którzy takie brednie powtarzają.

Eksperci od politycznego rozwodnienia Unii przez Polskę dostali mocny argument, kiedy w 2003 roku wzięliśmy udział w organizowanej przez Waszyngton interwencji w Iraku. Ryzykując spór z Berlinem i Paryżem.

– Wielka Brytania czy Hiszpania postąpiły tak samo, więc nie byliśmy osamotnieni. Natomiast faktycznie, w czasie konferencji w Monachium w 2003 r. byłem na sali obrad, kiedy minister spraw zagranicznych Niemiec Joschka Fischer rzucił w twarz ministrowi obrony USA Donaldowi Rumsfeldowi: „Panie ministrze, nie jestem przekonany…”. To odnosiło się do amerykańskich argumentów na rzecz interwencji w Iraku. Po raz pierwszy od II wojny światowej Niemcy powiedziały tak ostro „nie” Stanom Zjednoczonym.

W wielu krajach były wewnętrzne siły polityczne opowiadające się przeciwko rozszerzeniu UE. To była właściwie pierwsza zapowiedź tej populistycznej fali, którą widzimy dziś.

Polacy ryzykowali bardziej niż Hiszpania czy Wielka Brytania, bo dopiero w 2004 roku mieliśmy stać się członkiem UE.

– Co szczególnie w Niemczech rządzonych wówczas przez socjaldemokratycznego kanclerza Schroedera zostało odebrane jako nielojalność, tym bardziej że premier Leszek Miller, który wcześniej Schroedera do rozszerzenia gorąco przekonywał, nie ostrzegł kanclerza Niemiec, że podejmuje tak jednoznaczną decyzję w sprawie Iraku. Polska zagrała va banque, uważając, że członkostwo w Unii jest już przyklepane, a sojusz z USA trzeba pielęgnować.

Czy Miller miał rację?

– Kierunek na Unię był wówczas przez wszystkie ważne siły polityczne postrzegany jako polska racja stanu. Na przykład starania Aleksandra Kwaśniewskiego na rzecz naszego wejścia do NATO stały się dla wielu Polaków argumentem, że można już na niego zagłosować ponad historycznymi podziałami. Także determinacja Leszka Millera na rzecz integracji była autentyczna. Właściwie przeholował tylko w sprawie udostępnienia Amerykanom Kiejkut po interwencji w Iraku, nawet bez oficjalnej umowy pomiędzy agencjami wywiadowczymi. Branie od CIA milionów dolarów w kartonach gotówki było zachowaniem wasalnym. Dzisiaj ofiarom musieliśmy wypłacić odszkodowania, choć na niewinnych też nie trafiło.

Niemcy wspierały naszą integrację, a kto był w Europie przeciw?

– Większość przywódców zachodniego świata rozumiała, że przyjęcie Europy Środkowej do instytucji Zachodu jest raczej nieuniknione. Natomiast w wielu krajach były wewnętrzne siły polityczne opowiadające się przeciwko rozszerzeniu. To była właściwie pierwsza zapowiedź tej populistycznej fali, którą widzimy dziś.

Jakie nadzieje wiązaliście wtedy z wejściem do Unii? Co zostało zrealizowane, a co okazało się złudzeniem?

– Poza oczywistymi korzyściami gospodarczymi pierwszą i najważniejszą zaletą Unii jest to, że stwarza dla Polski nowy kontekst geopolityczny. Nie jesteśmy już buforem pomiędzy Niemcami i Rosją. Przestajemy być ziemią niczyją, miejscem przemarszu obcych armii, ofiarą podziału wpływów. Jako państwo członkowskie UE jesteśmy rubieżą wolnego, demokratycznego świata. Unia jest też kontekstem, w którym nie musimy bać się Niemiec, bo Niemcy stają się dla nas transparentne, a nawet – co się nam rzadko w historii zdarzało – uzyskujemy na Niemcy pewien wpływ.

Proporcjonalny do naszej siły w instytucjach europejskich i egzekwowany za pośrednictwem tych instytucji, ale to jest wpływ realny. Unia stanowi kontekst, w którym waga Niemiec nadal jest odczuwana przez cały kontynent, ale w sposób i dla Niemiec, i dla całego kontynentu bezpieczny. Integracja Polski z UE to także wejście do wspólnego europejskiego rynku. Czyli włączenie się w globalizację i ogólnoświatowy podział pracy, ale na warunkach wynegocjowanych dla nas przez znacznie potężniejszy podmiot. Komisja Europejska, negocjując traktaty handlowe z USA, Chinami, Koreą Południową czy Brazylią, jest w stanie uzyskać lepsze warunki współpracy, niż byśmy to mogli zrobić, dysponując jedynie potencjałem naszego państwa narodowego. Właśnie w tym obszarze – zewnętrznych stosunków handlowych – gdzie, mówiąc słowami naszych nacjonalistów, „straciliśmy suwerenność”, realne interesy Polski są przez Unię chronione najskuteczniej.

Nord Streamu Komisja Europejska nie zatrzymała.

– Ale zbudowaliśmy taką politykę solidarności energetycznej, która sprawia, że rosyjski gaz trafiający do Niemiec bardzo szybko staje się gazem europejskim. Czasami nawet reeksportowanym na Ukrainę, co wzmocniło pozycję Kijowa w różnych kryzysach. Zbudowanie – ze wsparciem środków unijnych – terminalu LNG w Świnoujściu też wzmacnia naszą pozycję negocjacyjną wobec Gazpromu.

Czy także po Majdanie, aneksji Krymu i wojnie w Donbasie może pan jeszcze powiedzieć, że Unia Europejska dała nam bezpieczny kontekst geopolityczny?

– Zacznijmy od tego, że gdy wchodziliśmy do Unii, wciąż leżała na stole europejska oferta dla Rosji. Propozycja traktatu o wolnym handlu z UE, podobnego do tego, który później Unia zaproponowała Ukrainie. A Putin początkowo nie mówił nie. Przeciwnie, zdjął embargo na import polskich produktów rolnych w zamian za odblokowanie negocjacji z UE. Nawet tak ważny dla polskiej polityki wschodniej, a możliwy wyłącznie dzięki naszemu członkostwu w UE projekt Partnerstwa Wschodniego nie był skierowany przeciwko Rosji, gdyż na początku można jeszcze było mieć nadzieję, że ta będzie podróżować na kierunku cywilizacyjnie zbieżnym.

Jak przekonaliście w 2008 roku do Partnerstwa Wschodniego kraje Europy Zachodniej bojące się, że to je wciągnie w spór z Rosją?

– Francuzów, Hiszpanów, Włochów bardziej interesowało partnerstwo z krajami po drugiej stronie Morza Śródziemnego. Ale żeby kogoś przekonać do własnego projektu, trzeba okazywać solidarność i autentyczne zainteresowanie jego interesami oraz projektami. Stąd po roku 2007, jako szef MSZ, pilnowałem, żeby być na wszystkich posiedzeniach ministerialnych, a nawet seminariach związanych z planami Francji w sprawie Unii dla Śródziemnomorza. Co zaprocentowało, kiedy przedstawiliśmy Partnerstwo Wschodnie właśnie jako odpowiednik Unii dla Śródziemnomorza, tyle że na wschodnich, a nie południowych rubieżach UE. Zresztą ostatecznie Partnerstwo Wschodnie ma większe dokonania, w krótszym czasie, niż Unia dla Śródziemnomorza.

I doprowadziło do Majdanu.

– Do Majdanu doprowadziła cała polityka Janukowycza z jednej strony, a z drugiej postawienie przez Putina nie na bliższe partnerstwo z Zachodem, ale na projekt rekonsolidacji obszaru postsowieckiego wokół Moskwy. To musiało się zderzyć z prozachodnimi aspiracjami znacznej części Ukraińców. A kiedy konflikt już wybuchł, były tylko dwie alternatywy. Albo Ukraina będzie bronić swej niepodległości i pozbywać się dyktatury Janukowycza sama lub ze wsparciem wyłącznie Polski. Albo będzie to robiła z poparciem całej Unii Europejskiej, co stało się właśnie dzięki Partnerstwu Wschodniemu.

Na szczycie UE i Partnerstwa Wschodniego w Wilnie była literalnie cała Europa. I Janukowycz musiał całej Europie powiedzieć, że nie podpisze traktatu z Unią. Ale to był moment, który zszokował Ukraińców. Poczuli się oszukani i doszło do buntu.

Z kolei reakcja Rosji na te wydarzenia – aneksja Krymu, a potem próba rozbioru Ukrainy pod hasłem Noworosji – została potraktowana jako złamanie zasad europejskich, a nie tylko rewanż Moskwy na byłej kolonii, jeden z wielu konfliktów na dalekich peryferiach, gdzie normy zachodnie nie muszą być stosowane. To doprowadziło do sankcji, które obowiązują do dziś. I Rosja musi płacić znacznie wyższą cenę za próby odbudowy imperium kosztem innych suwerennych państw.

A cena zapłacona przez Europę? Czy można do niej zaliczyć aktywizację lewicowych i prawicowych populizmów, Brexit, a w Polsce „kelnerskie podsłuchy”? Putin miał w Europie wiele – mówiąc metaforycznie – atomowych min zakopanych po zimnej wojnie. Wystarczyło je zdetonować.

– To, że agentura rosyjska została rzucona przeciwko rządowi PO, wiem – jak mówią w wojsku – z autopsji…

W Unii uchwalamy jakieś zasady, ale ich egzekwowanie zależy od państw członkowskich, a one oszukują.
Nie udało się wam zdobyć dowodów, kiedy jeszcze rządziliście.

– Mogę udowodnić, że moje osobiste konta e-mailowe – najpierw w MSZ, potem w Sejmie – były atakowane dokładnie tą samą metodą, która okazała się skuteczna w ataku na konta polityków amerykańskich podczas ostatniej kampanii prezydenckiej w USA.

Natomiast narastanie populizmów czy Brexit, jakkolwiek nie bez wkładu Rosji, były owocem dynamiki wewnętrznej polityki brytyjskiej i europejskiej. Ale Unia zaskoczyła Putina zdolnością do wprowadzenia i utrzymania sankcji. Prawdziwą porażką polityki europejskiej, ale szczególnie polskiej, byłoby ich cofnięcie bez osiągnięcia zamierzonych celów.

Skoro Unia była tak silna, jak w takim razie wytłumaczyć łatwość, z jaką zdestabilizowały ją najpierw kryzys finansowy, a teraz imigracyjny?

– Musimy bardzo uważać, co mamy na myśli, mówiąc: „Unia”. Czy rozumiemy przez to instytucje europejskie, czy państwa członkowskie. Ulubioną sztuczką polityków działających na poziomie państw narodowych jest dziś obwinianie Unii o swoje własne przewinienia. No bo skąd mamy kryzys waluty euro? Stąd, że państwa należące do tego systemu 60 razy łamały traktat wbrew opinii Komisji Europejskiej. Podobnie jest z kryzysem uchodźczym. Gdyby Frontex, wspólna unijna agencja sprawująca nadzór nad granicami zewnętrznymi UE, miał odpowiednie wyposażenie, pełnomocnictwa, czyli po prostu siłę – tego kryzysu by nie było. Ale państwa członkowskie nie chciały, ze swoich narodowych względów, sięgać po unijną pomoc. I z tego powodu mamy kryzys, który znowu dotyka całą Unię, bo zasady strefy Schengen nie są egzekwowane.

Słabość instytucji unijnych pozostaje faktem, nawet jeśli zawiniona przez państwa członkowskie.

– To jest obwinianie ofiary o własne grzechy. Ale to także wina etapu, na jakim się znajdujemy w rozwoju instytucjonalnym UE. Jesteśmy dziś konfederacją, czyli znaleźliśmy się w miejscu, w którym Amerykanie byli pod koniec XVIII wieku, gdzieś pomiędzy Articles of Confederation a uchwaleniem konstytucji. Były powody, dla których Amerykanie uznali, że konfederacja nie działa. Podczas wojny o niepodległość był co prawda jeden naczelny wódz, czyli George Washington, ale wojsko i logistykę dostarczały poszczególne stany. No i nie było na czas żołnierzy, amunicji, żywności. Tak się nie dało prowadzić wojny, więc Amerykanie zdecydowali się na wspólną konstytucję i silniejszy związek.

Podobną ewolucję przeszła Szwajcaria, mimo że z nazwy jest konfederacją i mimo że jest zróżnicowana językowo. Mamy dziś w Europie ten sam problem. Uchwalamy jakieś zasady, czy to monetarne, czy dla strefy wolnego przepływu osób, po czym ich egzekwowanie należy głównie do państw członkowskich. A one oszukują. A gdy przez to cały system się chwieje, winna jest Unia, czyli zawsze jacyś „oni”. I dziś mamy sytuację, w której zarządzanie Unią stało się prawie niemożliwe, a to, co jest konieczne do zrobienia, żeby Unia odzyskała sterowność, wydaje się politycznie niewykonalne. A różnym troglodytom wydaje się, że mówią coś ciekawego, gdy domagają się, aby mechanizmy współpracy jeszcze bardziej osłabić.

Zatem maksimum optymizmu polegałoby na trwaniu w okopach i obronie status quo, a jak jakimś cudem UE i strefa euro przetrwają, można będzie pomyśleć o następnym skoku integracyjnym?

– Niestety, tak to dzisiaj wygląda, nad czym boleję, bo przecież reszta świata nie stoi w miejscu. I za chwilę może się okazać, że żyjemy w świecie, w którym to już nie my, Zachód, lecz np. Chiny będą modelem do naśladowania.

Poglądy i pierwsze decyzje Donalda Trumpa też nie nastrajają optymistycznie. Wojna handlowa z Chinami to film, który już oglądaliśmy w latach 30. i wiemy, jak się kończy. A jeśli Zachód utraci siłę przyciągania, to jego części będą po kawałku włączane w zupełnie inne modele cywilizacyjne, które na pewno będą gorsze od tego, co mamy dzisiaj. I to, że będę wtedy mógł nacjonalistom rzucić w twarz: „Macie, czego chcieliście!” – będzie marną pociechą.

Newsweek.pl

 

SOBOTA, 25 MARCA 2017, 12:27

Szydło o Deklaracji Rzymskiej: To początek drogi zmian, które muszą nastąpić w UE

– Z pewnością trudnością, ale udało się uzgodnić i potwierdzić jedność UE. Dla Polski to było kluczowe. Zostały przyjęte postulaty Polski. Jest dobry moment do tego, żeby zrobić kolejny krok do tego, żeby nie zatrzymać się tylko na dzisiejszym dniu, ale żeby ten dzień był początkiem refleksji nad odbudową i odnową UE, tych wszystkich wartości, które połączyły kiedyś Europejczyków. Jest to satysfakcja, początek drogi zmian, które muszą nastąpić w UE. Dla Polski to najważniejsze, że jest potwierdzona jedność UE, wola wszystkich państw członkowskich do tego, abyśmy razem wspólnie budowali naszą przyszłość – mówiła premier Szydło po podpisaniu Deklaracji Rzymskiej.

Jak mówiła szefowa rządu, teraz jest czas na to, abyśmy przygotowali dobre projekty, które będą kolejnym krokiem, abyśmy mogli mówić o rozwijającej się, jednej i szczęśliwej Europie.

 

300polit5yka.pl

 

Mocne przemówienie Tuska. Europa będzie „albo zjednoczona, albo nie będzie jej wcale”

25.03.2017

„Nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom. Jest dużo ważniejsze, żebyśmy wszyscy szanowali wspólne zasady, takie jak prawa człowieka i swobody obywatelskie, wolność słowa i zgromadzeń, równowagę władz oraz rządy prawa. To jest prawdziwy fundament naszej jedności” – to fragment przemówienia, które wygłosił dziś w Rzymie przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

„Europa jako podmiot polityczny będzie albo zjednoczona, albo nie będzie jej wcale” – uważa były premier Donald Tusk. Dlatego też obecnie „nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom” – powiedział przewodniczący Donald Tusk, podczas szczytu Unii Europejskiej w 60. rocznicę traktatów rzymskich. Przemówienie, skierowane do 27 przywódców Wspólnoty, wcześniej całości opublikowała „Gazeta Wyborcza”.

DONALD TUSK

przewodniczący Rady Europejskiej

W 1980 byłem wtedy w Stoczni Gdańskiej wśród robotników, którzy wykrzyczeli w twarz reżimu proste marzenia: o godności, wolności i demokracji. Mimo że wysłano na nas czołgi i żołnierzy, wszyscy wtedy patrzyliśmy w stronę wolnej i jednoczącej się Europy. Mówię o tym, by uświadomić wszystkim, że Unia Europejska to nie procedury ani przepisy. Nasza Unia stanowi gwarancję, że wolność, godność, demokracja i niepodległość będą naszą codzienną rzeczywistością. Czytaj więcej

Donald Tusk nazywa siebie „rówieśnikiem Wspólnoty Europejskiej”, który urodził się dokładnie 60 lat temu. Tusk odwołuje się do historii, mówi o Gdańsku. „Droga, którą codziennie przechodziłem do szkoły, prowadziła przez ruiny”. „Dla mnie II wojna światowa nie jest abstrakcją”– podkreślił były premier.

„Ponad połowę życia przeżyłem za żelazną kurtyną, gdzie zabronione było nawet marzyć o tych wartościach” – te słowa znalazły się w przemówieniu Tusk, które dotarło do mediów przed rozpoczęciem szczytu w Rzymie. Szef RE przestrzega w nim, że „nic nie jest w naszym życiu dane na zawsze”, a budowanie „wolnego świata wymaga wysiłku i poświęcenia”. I dlatego udało się to tylko w kilku miejscach na ziemi; w tym nam. Bardzo łatwo zniszczyć taki świat. Wystarczy krótka chwila.”

DONALD TUSK

przewodniczący Rady Europejskiej

Jedność Europy jest zbiorem wspólnych wartości i demokratycznych standardów. Nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom. Jest dużo ważniejsze, żebyśmy wszyscy szanowali wspólne zasady, takie jak prawa człowieka i swobody obywatelskie, wolność słowa i zgromadzeń, równowagę władz oraz rządy prawa. To jest prawdziwy fundament naszej jedności. Czytaj więcej

Tusk zaznacza, że dla milionów demonstrujących „dziś w Rzymie, Warszawie, nawet Londynie – Unia Europejska to nie slogany, procedury ani przepisy”. „Nasza Unia stanowi gwarancję, że wolność, godność, demokracja i niepodległość nie są już jedynie marzeniami, lecz naszą codzienną rzeczywistością” – słyszeliśmy w przemówieniu.

Wczoraj papież Franciszek spotkał się z przywódcami i szefami instytucji Unii Europejskiej. – Otwartość na przyszłość, inwestowanie w rodzinę, obrona sumienia i świętości życia – takie nadrzędne wartości papież Franciszek wskazywał zgromadzonym w Watykanie liderom Unii Europejskiej. Przywódca Stolicy Apostolskiej podkreślał, że solidarność jest podstawą przetrwania Europy i najbardziej skutecznym antidotum na nowoczesne populizmy.

źródło: Wyborcza.pl

naTemat.pl

Agnieszka Kublik

TVP Info nie kocha Europy. Albo kochać jej tam nie wolno

25 marca 2017

1 ZDJĘCIE
Gdy Warszawa, Wrocław i kilkadziesiąt innych polskich miast – a także Berlin, Londyn czy Rzym – świętują 60. rocznicą podpisania traktatów rzymskich, które stały się podstawą zjednoczonej Europy, kanał informacyjny prorządowej telewizji publicznej TVP Info udawał, że… to się nie dzieje.
Gdy w Warszawie na placu Na Rozdrożu zaczęła się ponadpartyjna demonstracja „Kocham Cię, Europo”, TVP Info pokazywała m.in. dyskusje w studiu, czy dziennikarze mają prawo demonstrować miłość do Europy (uznali, że mają, ale tracą tym samym niezależność).

Gdy Krystyna Janda (przywitana na placu Na Rozdrożu owacjami) czytała przemówienie Donalda Tuska, szefa Rady Europejskiej wygłoszone dziś w Rzymie, TVP Info pokazywała relację z podpisania Deklaracji Rzymskiej (nie na żywo).

Gdy na placu Na Rozdrożu przemawiali m.in. Ryszard Petru, szef Nowoczesnej („Łatwo jest Unię Europejską zohydzić, ale efektem końcowym jest to, co stało się w Wielkiej Brytanii. Polacy chcą współtworzyć Unię. Unia Europejska jest naszym domem”), Michał Szczerba z PO („Europo kochana, dziś twoje urodziny”), Róża Thun, europosłanka PO („W Europie jest nas 500 mln. Każdy z nas jest inny, ale wszyscy jesteśmy równi. I taką Europę kochamy”), Marta Lempart, liderka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet („Jaka jest najważniejsza wartość europejska? Wolność, równość? Nie, najważniejszą wartością europejską, która szczególnie nas niesie, jest nadzieja. Nie ma demokracji bez nadziei na demokrację”), TVP Info pokazywała rozmowę z ekspertami.

Były migawki z premier Beatą Szydło w Rzymie, z jej czwartkowego przemówienia, były materiały archiwalne.

>> Polacy o UE: Odrzucamy Polexit, dajemy Unii prawo do interwencji, ale euro przyjąć nie chcemy [Sondaż Kantar Public dla "Wyborczej"]

Gdy Polacy cieszyli się z bycia członkiem Unii Europejskiej, TVP Info udawała, że to się nie dzieje. Obrazki z placu Na Rozdrożu były rzadkie, małe kwadraciki w górnym prawym rogu i najczęściej bez głosu. Trudno się było zorientować, co się tam dzieje.

Bo przecież, gdy Polacy okazują europejską radość, władza i podporządkowane jej media muszą „drastycznie obniżyć poziom zaufania wobec Unii Europejskiej, czyli zacząć prowadzić politykę negatywną” (tak mówił szef MSZ Witold Waszczykowski).

Gdy w Warszawie Polacy maszerowali z placu Na Rozdrożu na plac Zamkowy, TVP Info udawała, że nie idą, pokazywała m.in. informacje sportowe i debatę o programie 500 plus.

W TVP musieli się bardzo martwić, że tyle Polaków wyszło na ulice, by manifestować „Kocham Cię, Europo”. W TVP Europy – jak widać – kochać nie wolno.

 

wyborcza.pl

Jażdżewski: Europa to my! Europejski jest marsz ateistów, tak jak europejska jest Jasna Góra

Leszek Jażdżewski

25.03.2017

Metternich mawiał podobno, że Azja zaczyna się na rogatkach Wiednia. W Polsce byłoby to gdzieś w okolicach Dworca Wschodniego w Warszawie. Europę przyjęło się traktować u nas na zasadzie antagonizmu z miejscową rzeczywistością, jako coś innego, lepszego, zachodniego, niepolskiego.

Kiedy polski rząd rozbił sobie głowę, wstając z kolan w Brukseli, z grupą znajomych debatowaliśmy w popularnej księgarniokawiarni na warszawskim Muranowie nad scenariuszem filmiku, który miałby potwierdzać fakt, że my – Polacy – niezależnie od idiotyzmów, jakie wyczyniają nasze władze – czujemy się Europejczykami. Filmik się nie udał, bo gadające proeuropejsko głowy nagrały się nieostro, ja zostałem z wizją youtubowego hitu na miarę pso-pająka Wardęgi, z oflagowanym unijnie rodakiem wyskakującym zza krzaka na wystraszonych spacerowiczów europejskich promenad z okrzykiem: „jestem Europejczykiem!”

Flagi Polski i Unii Europejskiej w KPRM (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)Flagi Polski i Unii Europejskiej w KPRM (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

To nie jest przypadek, że flagami unijnymi nie macha się nadmiernie w Paryżu czy Berlinie, ale są one ważnym punktem odniesienia w Kiszyniowie, Kijowie czy w Warszawie. Pod hasłami europejskimi maszerują obywatele tych krajów, które swojej przynależności do Europy nie są pewne, potrzebują jej potwierdzenia – w oczach „prawdziwej” Europy, ale może przede wszystkim w oczach własnych.

Metternich mawiał podobno, że Azja zaczyna się na rogatkach Wiednia. W Polsce byłoby to gdzieś w okolicach Dworca Wschodniego w Warszawie. Europę przyjęło się traktować u nas na zasadzie antagonizmu z miejscową rzeczywistością, jako coś innego, lepszego, zachodniego, niepolskiego. Europa widziana z peryferiów wydawała się nieodparcie atrakcyjna, na tyle, że podjęliśmy ogromny wysiłek, żeby do niej dołączyć, dostać stempel z potwierdzającą nasz status pieczątką. Z bliska okazało się, że Europa to biurokracja, wielostronne negocjacje, tony dokumentów pisanych tak, żeby nikt ich nie czytał, instytucje o nazwach nie do zapamiętania i bliżej nieokreślonym zakresie działania. Poezję aspirowania do Unii zastąpiły „Wnioski dotyczące ujednoliconych wersji rozporządzeń”.

Warto, żebyśmy dokonali egzorcyzmów nad powyższymi nieporozumieniami, w kwestii tego, co czyni nas Europejczykami. Jesteśmy nimi nie dlatego, że machamy dziś błękitną flagą z dwunastoma gwiazdami, czy dlatego, że bardziej mamy ochotę nucić Beethovena niż Mazurka Dąbrowskiego. Europejskość to nie bliżej nieokreślony kosmopolityczny ideowy amalgamat. W Europie, w jej historii i kulturze ogromna większość z nas uczestniczy poprzez polską kulturę i historię.

Premier Beata Szydło i pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans podczas wystąpienia dla prasy po spotkaniu dotyczącym kryzysu konstytucyjnego w Polsce, maj 2016 r. (fot . Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)Premier Beata Szydło i pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans podczas wystąpienia dla prasy po spotkaniu dotyczącym kryzysu konstytucyjnego w Polsce, maj 2016 r. (fot . Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Europa jest tu – w Supraślu, w Kwidzynie, w Małkini i w Myślenicach. Europejski jest kościół Mariacki na krakowskim rynku i europejskie są blokowiska Retkini i Białołęki, europejskie są Wielkie Jeziora Mazurskie i Górnośląskie Zagłębie Węglowe, europejskie są kuplety Młynarskiego, stołeczny zespół Komety ciśnie europejskie rockabilly, europejskie mazurki skomponował Chopin, disco polo to także – mówię to z bólem – muzyka ze wszech miar europejska. Europejski jest marsz ateistów, tak jak europejska jest Jasna Góra, a nawet toruńska rozgłośnia z ojcem dyrektorem.

Poszanowanie indywidualnych praw, w tym prawa własności, otwartość i ciekawość świata, humanizm i sztuka uczyniły kraje zachodniej Europy zamożnymi i przyjemnymi do życia. Nie stały się takie dlatego, że podkreślały swój europejski status, nie przyszłoby im to do głowy. Podobnie jak nikt nie musi przypominać europejskiego rodowodu totalitaryzmów i wojen religijnych. Tworząc siebie, kraje europejskiego jądra stworzyły jednocześnie kontekst i znaczenie dla tego, co dziś uznajemy za europejskie. My stoimy przed dokładnie taką samą szansą – warunkiem wstępnym jest to, byśmy przestali okadzać Polskę europejskim dymem i tę energię, którą wkładamy w udowadnianie sobie, że jesteśmy dobrymi Europejczykami – dla jednych będzie to śpiewanie „Ody do Radości” na przekór Kaczyńskiemu, dla innych walka jako przedmurze chrześcijaństwa na świętej wojnie z kebabem – włożyli w świadome kształtowanie przyszłości naszego kraju i całego kontynentu. Nie przeglądali się w cudzych lustrach ani nie odgradzali się od nich murem wyższości zabarwionej kompleksem niższości.

Drodzy Polacy, mam dla Was wiadomość. Europa to my.


Leszek Jażdżewski.
 Redaktor naczelny pisma ”LIBERTÉ!”. Współtwórca Igrzysk Wolności i łódzkiej klubokawiarni 6dzielnica. Publicysta, m.in. na łamach „Gazety Wyborczej”, „Polityki”. Publiczny mówca, polityczny komentator (TVN24, TOK FM). Zasłynął samotnym protestem na marszu narodowców „Idzie antykomuna” i stworzeniem akcji Świecka szkoła. Prowadzi bloga i twittuje.

weekend.gazeta.pl

SOBOTA, 25 MARCA 2017

Thun na demonstracji: Przyjmicie pozdrowienia od mojego szefa, Grzegorza Schetyny. 6 maja zapraszamy na kolejne spotkanie

12:45

Thun na demonstracji: Przyjmicie pozdrowienia od mojego szefa, Grzegorza Schetyny. 6 maja zapraszamy na kolejne spotkanie

– Ta Europa… Jest nas 500 milionów. Każdy z nas jest inny. Ale wszyscy jesteśmy równi. Pozdrówmy głośno tych wszystkich, którzy spotykają się w różnych stolicach i mślą o nas z troską. Pozdrawiamy! W różnych miastach w Polsce chcemy wszyscy dbać o ten cudowny przepiękny kontnent, by nasze wspólne powietrze były czyste, by wspólne wody były czyste, byśmy dbali o wspólne drzewa. By one stały, a nie leżały. Przyjmicie pozdrowienia od mojego szefa, Grzegorza Schetyny. 6 maja zapraszamy na kolejne spotkanie – mówiła Róża Thun na demonstracji na pl. na Rozdrożu „Kocham Cię Europo”.

12:26

Petru: Chciałbym, aby powstał ruch obywatelski pod hasłem „Polska w Europie”

– Jesteśmy w bardzo symbolicznym miejscu. Polska znalazła się na rozdrożu UE. Albo będziemy w centrum Europy, albo z niej wylecimy. PiS nie reprezentuje suwerena. W Wielkiej Brytanii przez wiele lat wyśmiewano UE. Polska zaczyna podążać tę samą drogą. Latwo UE zohydzić, ale się to kończy jak w UE. Chcemy współtworzyć UE. Jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia. Tylko w UE możemy zbudować silną Polskę. UE jest naszym wspólnym dobrem. Gdyby Polska była w strefie euro, to żaden PiS nie mógłby Polski z UE wyprowadzić. Chodzi o to, by się związać z Europą stałe. Chciałbym, aby powoła ruch obywatelski pod hasłem „Polska w Europie”. Chciałbym, aby ten ruch gdzie wszyscy razem możemy mówić co nas łączy: poparcie Europy. Jak tu jesteśmy ponad podziałami, to jest coś co nas łączy, szukajmy tych aspektów, które nas łączą – powiedział na demonstracji na pl. na Rozdrożu „Kocham Cię Europo” Ryszard Petru.

300polityka.pl

SOBOTA, 25 MARCA 2017

STAN GRY: Fakt: Widmo klęski nad prezesem PiS, GW: Tusk ratuje Szydło, Chrabota: Udowodnijcie, że poza UE jest lepiej

— DZIŚ W KOŃCU ZMIANA CZASU!

— WIDMO KLĘSKI NAD PREZESEM – Magdalena Rubaj Fakcie: “Prezes Jarosław Kaczyński (68 l.) chodzi po mediach i powtarza, że spodziewał się spadków sondażowych. Prawda jest jednak taka, że oczekiwał tzw. premii za rządzenie – jak PO za swoich rządów czy PiS 11 lat temu. Jednak kolejny sondaż potwierdza, że przewaga nad PO stopniała do minimum. W PiS zapanowała panika, że plany rządzenia przez więcej niż jedną kadencję już można włożyć między bajki”.

— KACZYŃSKI ZMARTWIONY I ZASKOCZONY – dalej Rubaj w Fakcie: “– Prezes zakładał, że nastąpi jakiś niewielki, przejściowy spadek. Ale spadek jest ogromny, co potwierdził drugi sondaż – mówi nam ważny polityk PiS. Przyznaje, że Kaczyński jest tymi wynikami „zaskoczony i zmartwiony”. 
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/pis-odnotowalo-mocny-spadek-w-sondazach/dnvt15b

— ODTRĄBIŁA SUKCES JESZCZE PRZED WYLOTEM – tytuł w Fakcie.

— DONALD TUSK RATUJE PREMIER SZYDŁO – Tomasz Bielecki w GW: “M.in. pod wpływem Polski, reszty Grupy Wyszehradzkiej i szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska w dokumencie rozwodniono zapisy dotyczące „różnych prędkości” (ta nazwa nie pada), czyli grup krajów o słabszej bądź ściślejszej integracji (już dziś taki mocny podział istnieje między eurolandem i resztą)”. 
http://wyborcza.pl/7,75399,21546050,szczyt-ue-w-rzymie-rozwodniono-zapisy-o-roznych-predkosciach.html

— PRZEMÓWIENIE TUSKA NA JEDYNCE GW
http://wyborcza.pl/7,75399,21544499,europa-nasza-wolnosc-przemowienie-donalda-tuska.html

— 44% PRZECIW PRZYJĘCIU EURO, ZA W JAKIEJŚ PERSPEKTYWIE 42%, 14% trudno powiedzieć

— NAJMŁODSI ZA POLEXITEM, ALE SĄ W MNIEJSZOŚCI – dalej o sondażu Kantar TNS dla GW: “Co jeszcze wynika z sondażu „Wyborczej”? Polacy z Unii Europejskiej występować nie chcą. 61 proc. jest przeciwko, 9 proc. za, 23 proc. w ogóle nie wzięłoby udziału w referendum na ten temat. Kto chciałby, aby Polska poszła w ślady Wielkiej Brytanii? Mężczyźni dwa razy częściej niż kobiety, najmłodsi Polacy (18-24 lata), z wykształceniem podstawowym. Ale uwaga: nawet w tych grupach przeważają opinie za pozostaniem w UE”.

— UE POWINNA INTERWENIOWAĆ W NARUSZANIE PAŃSTWA PRAWA: “Zdecydowana większość badanych – 68 proc. – uważa, że Unia Europejska powinna interweniować, gdy któryś z jej członków narusza obowiązujące na terenie UE normy prawne i zasady. Przeciwne zdanie ma 20 proc., a 12 proc. nie ma zdania”. 
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/pis-odnotowalo-mocny-spadek-w-sondazach/dnvt15b

— BOGUSŁAW CHRABOTA – UDOWODNIJCIE, ŻE FRANCJA LE PEN BĘDZIE RAJEM NA ZIEMI – jak pisze w Plusie/Minusie RZ: “Konia z rzędem temu, kto udowodni, że osobno jesteśmy mądrzejsi, że Francja Marine Le Pen czy Zjednoczone Królestwo po Brexicie będą rajami na ziemi. Skąd to założenie? Czy pełna suwerenność jest gwarancją lepszości? Nie jest, bo gubi wartości zbiorowe. Solidarność, subsydiarność, braterstwo. Eurosceptyk powie, niczego takiego już nie ma, ale nie będzie miał racji. Nawet jeśli to wartości, które schodzą na plan drugi, to przecież można próbować zrozumieć dlaczego i podjąć wysiłek ich ratowania”. 
http://www.rp.pl/Plus-Minus/303239928-Milosc-i-nienawisc-do-Unii-Europejskiej.htm

— MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI O PROBLEMIE PRAWICY Z UNIĄ – pisze w Plusie/Minusie RZ: “Prawica – szczególnie polska – jeśli chce mieć w Europie coś do powiedzenia, musi wreszcie stworzyć pozytywną wizję Wspólnoty. Zaproponować Unię atrakcyjną dla kolejnych pokoleń młodych Europejczyków, którzy znudzeni dotychczasowym modelem integracji szukają ucieczki w rozmaitych radykalizmach”. 
http://www.rp.pl/Plus-Minus/303239878-Michal-Szuldrzynski-Prawica-bez-pozytywnej-wizji-Unii-Europejskiej.html

— JEŚLI PROKURATURA PO ZAWIADOMIENIU MACIEREWICZA PODEJMIE POSTĘPOWANIE WOBEC TUSKA, TO ZŁAMIE PRAWO – EWA SIEDLECKA w GW: “Jeśli prokuratura podejmie postępowanie po zawiadomieniu Macierewicza, złamie prawo. Nie wolno bowiem (art. 237 par. 1 i 2 kpk) wszczynać ponownie postępowania przeciw tej samej osobie, jeśli raz zostało ono już umorzone lub odmówiono jego wszczęcia. Chyba że pojawią się nowe dowody winy. Takich Macierewicz w swoim zawiadomieniu nie przedstawił. Tymczasem w 2010 r. prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa o „zdradę dyplomatyczną” przeciw Tuskowi z doniesienia pełnomocnika syna Anny Walentynowicz. A w 2011 r. umorzyła identyczne, z doniesienia stowarzyszenia Solidarni 2010, wobec „braku znamion czynu zabronionego”. 
http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21545110,lapac-donalda-tuska-ludzkie-prawo.htm

— ATMOSFERA W KLUBIE KUKIZA PRZYPOMINA MĘSKĄ SZATNIĘ – Iwona Szpala w GW: “Bo czasami atmosfera w Kukiz’15 przypomina męską szatnię. Jedna z pań usłyszała, że na pewno kocha się z mężem przez dziurę w prześcieradle, skoro taka jest wierząca. Ale płeć nie ma znaczenia. – Jak nie ma obok Tyszki, to Paweł często z niego drwi przy posłach – słyszymy od naszego rozmówcy. – Taki rockandrollowy styl, ale wszyscy wiedzą że marszałek ma mocną pozycję. Jemu się nie podskoczy”.

— KUKIZ O SWOICH ROZMOWACH Z KACZYŃSKIM – relacjonuje Szpala w GW: “– W klubie mamy taki „okrągły stół”, gdzie szło się na papierosa. Słyszeliśmy, jak Kukiz opowiadał swoim zaufanym, że Kaczyński robi mu wykłady z zawiłości polskiej polityki po 1989 r. Pawłowi to się bardzo podoba. Po klubie krążą różne teorie. Najpopularniejsza jest taka, że w przyszłej kadencji drużyna Kukiza może zostać koalicjantem PiS. – Ponoć prezes miał powiedzieć Pawłowi, że liczy na nas, bo nie jest pewny ani ludzi Ziobry, ani Gowina. Najpierw musimy jednak pokazać, że jesteśmy jak jedna pięść”. 
http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21544556,wszystkie-zakrety-pawla-kukiza.htm

— GDZIE BYLI GDY MIAŁAM POD OPIEKĄ 8 TYS PRZEDSIĘBIORSTW – Henryka Bochniarz w rozmowie z Elizą Olczyk w RZ: “Bo 1991 rok był najgorszym rokiem transformacji. Zakłady bankrutowały jeden po drugim, upadały całe sektory gospodarki. Gdy teraz słucham mądrali, którzy mówią, co trzeba było wtedy robić, to pytam się, gdzie byli, gdy ja miałam pod opieką 8 tys. przedsiębiorstw i 30 strajków jednego dnia”.

— BUDŻET BYŁ WYDAWANY CO DO TYSIĄCA ZŁOTYCH Z DNIA NA DZIEŃ – dalej Bochniarz w RZ: “Nie przyszłam na nie. Ono było jakieś nadzwyczajne i zostało zwołane za pośrednictwem telewizji, a ponieważ ja jej nie oglądam, to na posiedzenie nie przyszłam. Bielecki miał o to do mnie pretensje. Posiedzenia rządu w tamtym czasie przypominały dyżur w pogotowiu ratunkowym. Przychodził Wojciech Misiąg, wiceminister finansów, i mówił, że dziś o godzinie 16 będziemy mogli zapłacić nauczycielom, a w piątek będziemy mieli pieniądze dla emerytów. Budżet był wydawany z dnia na dzień, co do tysiąca złotych. To było szalenie frustrujące, bo każdy minister mówił, że wszystko mu się wali, a my nie mieliśmy pieniędzy ani nadziei na ich zdobycie”

— CZY SKOKOWY WZROST KOSZTÓW PRACY MIEŚCI SIĘ W WIZJI MORAWIECKIEGO? – jeszcze Bochniarz u Olczyk w RZ: “Cieszę się, że wicepremier Morawiecki ma strategię i wizję tego, co chce osiągnąć. Nie wiem jednak, czy skokowy wzrost kosztów pracy mieści się w tej wizji. A lada moment zostanie obniżony wiek emerytalny. I jeżeli na to nałoży się np. wymuszenie umów na czas nieokreślony, oskładkowanie wszystkich umów cywilnych, ograniczenia pracy tymczasowej, to małe firmy mogą mieć ogromny kłopot. Dlatego dosadnie ostrzegam, że etatów nie będzie. I nie mamy na to wpływu, tak po prostu zmienia się rynek pracy. Nie chcę, żeby za jakiś czas Polacy powiedzieli: oszukaliście nas. Ekonomii nie da się oszukać”. 
http://www.rp.pl/Plus-Minus/303239915-Henryka-Bochniarz-Schylek-umow-o-prace-czyli-praca-na-etat-sie-skonczyla.html

— ODEBRAĆ KOD POLITYKOM – Joanna Szczepkowska w RZ: “OD ma potencjał, by być czymś więcej. Spontanicznym odruchem sprzeciwu, odrodzeniem myślenia w kategoriach oddolnej demokracji. Dlatego trzeba zabrać go politykom. Nikt i nic poza samą demokracją, czyli sprawiedliwością, nie powinno stać w centrum uwagi działaczy KOD”.
http://www.rp.pl/Felietony/303239880-Joanna-Szczepkowska-KOD-ma-przyszlosc-ale-wpierw-musi-naprawic-bledy.htm

— BOLESŁAW PIECHA WSTRZEMIĘŹLIWIE O REFORMIE RADZIWIŁŁA – fragment rozmowy z SE: “Nie będzie tak, jak twierdzi część opozycji, że to będzie katastrofa. Nie możemy też jednak spodziewać się rewolucji i tego, że nagle służba zdrowia zacznie u nas działać tak, jak działa w Holandii. Że stanie się modelem dla świata. Tak nie będzie, ale to krok w dobrym kierunku.
– Dlaczego?
– Jest szansa, żeby państwo w tej naszej jednak siermiężnej rzeczywistości zaczęło porządkować sytuację w służbie zdrowia. Choćby przez jednoznaczne wskazanie, kto za co odpowiada. Skończą się przepychanki między NFZ a Ministerstwem Zdrowia”. 
http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/nie-bedzie-katastrofy-ale-cudu-tez-nie_971426.html

— MAŁGORZATA TUSK CORAZ RZADZIEJ PRZYLATUJE DO POLSKI – SE. 
http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/krolowa-odleciaa-do-europy_971356.html

300LIVE:
Zybertowicz: Gdy psuto system dowodzenia armią, to nie było głosów generałów
Brudziński: My co tydzień mamy spotkania na Nowogrodzkiej. Tym razem były dziesiątki kamer, bo Schetyna sadził drzewa
Grupiński: Cała Europa odnotowała, że premier Szydło chciała zepsuć święto w Rzymie
Bielan: Staramy się wyciągać wnioski z każdego złego sondażu
Bielan o wypowiedzi Schetyny: Krok dalej to będzie wysyłanie naszego podpisu in blanco
Bielan: W interesie Polski i UE jest to, żeby Wielka Brytania pozostała jak najbliżej UE
Polityczny plan soboty: PBS w Rzymie, marsz „Kocham Cię Europo” w Warszawie

http://300polityka.pl/live/2017/03/25/

300polityka.pl

Emmanuel Macron – kandydat na prezydenta Francji

Anna Pamuła, 24 marca 2017

Emmanuel Macron

1 ZDJĘCIE

Emmanuel Macron (Fot. Francois Mori / AP)

Macron podobno porywa tłumy. Ludzie mdleją w trakcie jego przemówień. – Atmosfera lepsza niż na meczu! – zapewnia znajomy, który oglądał go na żywo.
Wchodzę do internetu, na oficjalną stronę En Marche! [Naprzód], z której spogląda na mnie Emmanuel Macron, najmłodszy kandydat na prezydenta Francji. W tle zdjęcia powiewają francuskie flagi. Chcę go posłuchać, porozmawiać z jego fanami i działaczami partii, którą reprezentuje. Loguję się na stronie i klikam w „bieżące wydarzenia”. System proponuje mi „tractage”, czyli rozdawanie ulotek przy kilkudziesięciu stacjach metra Paryża, i „affichages” – naklejanie plakatów we wszystkich dzielnicach i miastach wokół stolicy. Tam, gdzie mieszkam, na zachodzie Paryża, jest około stu komitetów zrzeszających średnio po 30 działaczy. W tym samym czasie na maila dostaję porcję informacji o Macronie: „Dzień dobry! Pozostało 38 dni do pierwszej tury wyborów. Codziennie rano w godzinie śniadania [ikona parującej kawy] dzielimy się jednym pomysłem Emmanuela, by mogła pani przekonać znajomych do jego kandydatury”. Idea na dziś: „Obowiązkowy miesiąc służby wojskowej dla wszystkich kobiet i mężczyzn od 18. do 21. roku życia”.

14 marca rano Macron jest na narodowym kongresie myśliwych (powie tam m.in., że chciałby wznowić tradycję „polowań prezydenckich”, czyli weekendowych wypadów na dzika, zrzeszających parlamentarzystów, dyplomatów i najbardziej wpływowych biznesmenów). 16 marca leci do Berlina. Tego samego dnia dostaję informację o wiecu, który odbędzie się kolejnego dnia w Reims.

Jadę! Zapisuję się i dostaję imienny bilet elektroniczny. Na salę nie mogę wejść z plecakiem ani torebką. Przedmioty zakazane to: parasole, papierosy elektroniczne, butelki itd. Piszę do ponad 20 komitetów w Paryżu i pytam, czy ktoś się wybiera. Jedna pani odpisuje: „Ale pani zazdroszczę! Mogłabym go słuchać w nieskończoność.”. Dopiero godzinę przed wyjazdem Julien Schnell, animator komitetu w XX dzielnicy Paryża, pisze SMS-a, że chciałby się ze mną zabrać. – Mamy przed sobą dwie godziny drogi – mówię, gdy wsiada do auta. – Wytłumaczysz mi, dlaczego głosujesz na Macrona?

Czy Macron uratuje otwarty świat [APPLEBAUM]

Przez Szampanię na wiec

– To mój pierwszy raz! Nigdy w życiu nie byłem na mityngu politycznym – Julien ma 42 lata. Od dziesięciu prowadzi firmę architektoniczną, zatrudnia 13 ludzi. Dobrze mu się powodzi: ma dwójkę dzieci w prywatnych szkołach i stumetrowe mieszkanie w Paryżu. – Jestem typowym wyborcą Macrona, należę do grupy tzw. młodych menedżerów. Ale w polityce jestem nowicjuszem, do partii wstąpiłem dwa miesiące temu. – Julien przerywa i odbiera telefon. Prowadzi długą rozmową z asystentką, która organizuje jego kwietniowe spotkania. – Ten wyjazd to był spontan, odwołałem wszystkich popołudniowych klientów – telefon znów dzwoni. Julien przeprasza i przez pół godziny zarządza firmą. – Skończyłem – triumfalnie wyłącza ekran smartfona. Rozsiada się wygodnie w fotelu pasażera. – Znajomi powtarzali, że nadawałabym się na polityka, bo dobrze się wysławiam. Ale specjalnie się tym nie interesowałem, choć zawsze głosowałem. Ostatnio na Hollande’a, bo całe życie popierałem Partię Socjalistów (PS). Jednak w tamtym roku coś się zmieniło. Gdy w maju trwały strajki przeciwko wprowadzeniu nowego prawa pracy, zacząłem się zastanawiać, czy wciąż jestem socjalistą. Prowadzę firmę, stałem się więc po części liberałem. Uważam, że francuska gospodarka wymaga głębokich reform.

Zatrzymujemy się na stacji benzynowej gdzieś w Szampanii. Według Juliena Francja jest krajem, w którym trudno o jakiekolwiek zmiany. Politycy boją się podejmować konkretnych decyzji. – Macron jest inny. Po pierwsze, co sam podkreśla, nie jest prawicowy ani lewicowy. Wielu zarzuca mu, że nie wie, czego chce, ale według mnie bierze najlepsze z dwóch stron. I do tego jest proeuropejski!

Są skutki afer wokół kandydatów do Pałacu Elizejskiego. Macron po raz pierwszy wyprzedza Le Pen w pierwszej turze

– Ale wiesz, co najbardziej mi się w nim podoba? – proszę Juliena, by prowadził, dzięki czemu będę mogła robić notatki. – Macron jest pracowity. Taki Fillon, odkąd zdał maturę, był posłem albo ministrem. To samo Le Pen. A Macron wie, co to jest praca, bo był bankierem! Mało tego! – Julien uderza ręką o kierownicę. – Zrezygnował z banku Rothschilda na rzecz marnej pozycji ministra finansów! Wyobraź sobie, że nagle zarabiasz kilkadziesiąt razy mniej. Pensja ministra to 9 tys. euro, a on podobno w 2011 i 2012 r. zarabiał około miliona euro rocznie. Francuzi nie lubią bogatych ludzi – przez to może przegrać. Ale w moim środowisku pieniądze to już nie jest temat tabu.

Pytam Juliena o jego zaangażowanie w partię. – Zapisałem się, bo znajomy powiedział, że Macron wybierze swoich posłów wśród działaczy. W ten sposób chce wyeliminować kolesiostwo. Pomyślałem, że to byłoby wyzwanie. Musiałbym częściowo zrezygnować z prowadzenia firmy, ale to nic. Mam 42 lata, szukam przygód. Po wstąpieniu do En Marche! szybko awansowałem. Organizuję teraz spotkania i dystrybucję ulotek. Od stycznia brałem też udział w warsztatach, które odbywały się w komitetach partii na terenie całego kraju.

Fillon, Le Pen, Macron, Hamon, a może jednak Sarkozy czy Juppé? Kto ostatecznie stanie w prezydenckie szranki we Francji?

– Pewnie słyszałaś, jak przez kilka miesięcy zarzucano Macronowi brak programu? – Julien patrzy na mnie z boku. – Nikt nie wiedział, że myśmy wtedy nad nim pracowali! Spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu, by w kilkuosobowych grupach debatować na tematy proponowane przez Macrona. Na przykład: „Jak rozwiązać problem długotrwałego bezrobocia?”. Do wyboru było pięć opcji. Gadaliśmy do nocy. Młodzież, emeryci, wszyscy razem. Potem nasze konkluzje wysłaliśmy do centrali. Mogliśmy też dodać własne pomysły – wiele z nich zostało uwzględnionych w programie. Studentka zaproponowała, by biblioteki były czynne wieczorami. Czy jakiś polityk wpadłby na taki pomysł?

Chwilę milczymy, aż wjeżdżamy do miasta. – Bardzo cenię w Macronie to, że jest pokorny. A skąd to wiem? Pierwsza zasada działaczy En Marche! to życzliwość. Zakazane jest oczernianie innych kandydatów. O, patrz, idą nasi! – chodnikiem maszeruje grupa młodzieży w białych i różowych koszulkach z nadrukiem „Emmanuel Macron president”. Niosą francuskie i europejskie flagi. Zjeżdżamy na parking Palais des Congr?s i biegniemy pod salę – Julien chciałby zobaczyć wejście polityka. Są podobno spektakularne.

Rosjanie próbują manipulować przy wyborach prezydenckich we Francji. Dyskredytują Emmanuela Macrona

Spontan

Przed budynkiem długa kolejka. Młode dziewczyny przed nami martwią się, że podobno nie można wejść ze szminką. Kontrola trwa długo – po prawej panie, po lewej panowie. Otwieramy torebki, rozpinamy kurtki, atmosfera jak na lotnisku. Fatima przeszukuje mnie od stóp do głów i rekwiruje błyszczyk. – Macron nie lubi makijażu? – żartuję, ale ochroniarka patrzy na mnie groźnie i wyrzuca kosmetyk do kosza. – Każda substancja może być trująca – tłumaczy niechętnie. Chcę dopytać, jak przeprowadzić zamach terrorystyczny za pomocą szminki, ale Julien ciągnie mnie do sali. Jest podekscytowany, szuka miejsca jak najbliżej sceny. – Mam nadzieję, że będzie nas więcej – zawiedziony rozgląda się po pustawym pomieszczeniu. Wokół sali stoją imponujący wzrostem czarnoskórzy mężczyźni ze słuchawkami w jednym uchu. Obok działacze partyjni w białych koszulkach: „Macron na prezydenta!”.

Na scenie rząd krzeseł i grupa młodzieży. Niczym w chórze wpatrują się w animatora dyrygenta, który każe im wstawać, klaskać, tupać i śpiewać: „On va gagner, on va gagner!” [Wygramy, wygramy]. Sala powoli się zapełnia; jest bardzo dużo młodych, białych Francuzów. Sporo emerytów. Zagaduję pana w średnim wieku, jest Marokańczykiem. Pytam, co mu się podoba w Macronie. – To jest spokojny gość, wyważony. Dość już tych samych panów w polityce. Zaparzasz sobie czasem herbatę miętową? – zaskakuje mnie pytaniem. – Macron jest jak ten przyjemny zapach, który unosi się nad imbrykiem. Powiew świeżości. Do tego jest uczciwy. Słyszałaś na pewno, że żona jest od niego o 22 lata starsza. Była jego nauczycielką w liceum. Jeśli mężczyzna podejmuje takie wybory, to znaczy, że w życiu kieruje się sercem. Dobrze to o nim świadczy. Chodź, przedstawię cię mojemu bratankowi.

Nabil ma 30 lat, mieszka w Reims i pracuje w firmie reklamowej. Nie ma pojęcia, na kogo głosować. – W takiej sytuacji jest większość moich znajomych. Chciałem na Juppé, ale zrezygnował. Fillon jest dla tradycjonalistów, którzy w niedzielę lubią zapolować. Żaden muzułmanin nie odda na niego głosu. Na Le Pen głosują ludzie ze wsi. Wujek mnie przekonuje, że Macron do mnie pasuje, ale sam nie wiem.

Z głośników nagle wybrzmiewa głośny electro-pop. – Widzisz, mówiłem ci, że Macron to prawdziwa zmiana! Nawet ta muzyka to nie żadna „vieille France” [dosłownie „stara Francja”].

Czytam później, że każdy kandydat ma muzykę przewodnią swojej kampanii: Manuel Valls – „The Final Countdown” Europe, Jacques Chirac – „One More Time” Daft Punk, Nicolas Sarkozy – kompozycja na zamówienie w stylu muzyki z „Gwiezdnych wojen”. Macron to „Closer” norweskiej grupy Lemaitre.

Siedzę koło Juliena, kilkanaście rzędów przed sceną. – To on, to on! – Julien podrywa się z krzesła. Wszyscy stają na palcach i wyciągają szyję. Wreszcie wchodzi z boku sali, Julien mnie szturcha: – Klaszcz, klaszcz!

Ochroniarze torują mu drogę w tłumie, sala jest pełna po brzegi. Młodzież na scenie szaleje – skanduje: „Ma-cron, Ma-cron!”, tupie i energicznie powiewa flagami. Macron przechodzi tuż obok nas, ściska Julienowi rękę, który odwraca się do mnie uśmiechnięty od ucha do ucha. Polityk przy wysokich bodyguardach wydaje się niewielki. Ma chłopięcą twarz. Gdy wypowiada do mikrofonu pierwsze zdania, zaskakuje mnie jego delikatny głos. Brzmi jak cierpliwy ojciec, który próbuje uspokoić dziecko. Czasem podnosi głos, robi też efektowne pauzy.

– Zanim przyjechałem do was, odwiedziłem zamek Franciszka I w Villers-Cotter?ts. To będzie jeden z moich pierwszych projektów: przywrócić świetność temu wspaniałemu miejscu.

Oklaski. Z tłumu unoszą się kartony z hasłami kampanii: „Wolność”, „Równość” – jak kaczki na strzelnicy w wesołym miasteczku.

Z rozmowy z wolontariuszem kampanii dowiem się później, że wszystko jest zaplanowane. Na sali jest kilkadziesiąt osób z ekipy „ambiance”, które co kilka minut dostają SMS-y przez aplikację Telegram z instrukcją działania: „Teraz krzyczcie [ikonka megafonu i głośnika]: Macron president!!, „Oklaski! Goooooooooo!”, „Nie zapomnijcie, by robić sobie selfie na tle tłumu”, „Macron zaraz tu będzie! Go, go, go, go! Dajcie z siebie wszystko”, „Zaraz podniesie głos, wtedy krzyczcie: Brawo! Macron ma rację! [ikonka wybuchu]. Bądźcie spontaniczni!”.

Romantyk

Macron mówi, że Francja to kraj literatury i praw człowieka. – Partie nacjonalistycznie nic nie zrozumiały. To, co głoszą, jest sprzeczne z ideałami Republiki – z sali podnoszą się gwizdy, ale Macron spokojnym tonem prosi, by przestać. – Pomiędzy ciasnym nacjonalizmem i błogosławionym multikulturalizmem jest jeszcze francuski duch. I to właśnie ten duch to jest patriotyzm, o który mi chodzi [oklaski]. Nasi przeciwnicy głoszą, że istnieją jacyś prawdziwi Francuzi, Francuzi „etniczni”. Ja nie wiem, czym jest ta etniczność. Każdy z nas ma ich kilka. Nasz projekt jest prawdziwie patriotyczny. A bycie patriotą oznacza miłość do Francji i jej historii. Ale ta miłość powinna być tolerancyjna.

Z głośników znów wybrzmiewa muzyka. Podnoszą się kartony z napisami: „Wolność”, „Równość”. Macron podkreśla wagę spoiwa społeczeństwa, „które pisze i śni po francusku”. Para dziennikarzy obok mnie patrzy na siebie i chichocze. Gdy pytam, dlaczego ich to rozśmieszyło, odpowiadają, że Macron wypowiada wiele okrągłych zdań, lubi patos. Romantyk z niego.

Mija ponad 40 minut. Julien coraz częściej zerka na telefon. Patrzę po sali, sporo osób ziewa, inni klikają w smartfony. Macron cytuje francuskich pisarzy, opowiada o francuskiej filozofii i Paulu Ric?urze, wybitnym fenomenologu. Młody chłopak w czerwonym dresie spogląda niepewnie na scenę, poprawia czapeczkę z daszkiem i wyciąga komórkę. – Nie wiedziałem, że taki z niego intelektualista. Trochę przynudza – szepcze Julien. I wtedy Macron krzyczy do mikrofonu: – Vive la Republique et Vive la France! ! – wszyscy podrywamy się z krzeseł i śpiewamy „Marsyliankę”. Wychodzimy z sali, Julien wydaje się zawiedziony. – Może dlatego, że mówił o kulturze. Nie wciągnął mnie. Gadał jak nauczyciel.

Próbuję odszukać Nabila i zapytać, czy zagłosuje na Macrona, ale znika w tłumie. Julien wątpi, by go przekonał. – Było słabo, i tyle.

Przy wyjściu wolontariusze rozdają skrótowy program partii En Marche!, który czytamy w irlandzkim pubie. Jest Dzień Świętego Patryka, więc próbujemy przekrzyczeć U2 i The Dubliners. Julien czyta propozycje, które są dla niego najważniejsze. Obniżenie składek opłacanych przez pracowników zatrudnionych na umowę o pracę i funkcjonariuszy o 500 euro rocznie przy miesięcznej pensji 2200 euro netto; organizacja szkoleń dla miliona młodych osób, które nie mają pracy.

– Macron ułatwi moje życie, patrz tutaj – pokazuje na listę zmian dotyczących przedsiębiorców. – „Obniżymy koszty pracownicze (pracodawcy zaoszczędzą około 1,8 tys. euro rocznie, płacąc SMIC – krajową płacę minimalną) – czyta Julien. – Pozwolimy na dowolność w określaniu obowiązkowych godzin pracy”. Przecież 35 godzin to szaleństwo, nikt, prowadząc własny biznes, nie może tak mało pracować. I jeszcze to: „Wesprzemy prywatne przedsiębiorstwa, obniżając podatek z 33,3 do 25 proc.”. Macron kładzie też ogromny nacisk na ekologię, chce, by Francja stała się światowym liderem w badaniach nad zmianą klimatu – dodaje Julien. – Do 2022 r. chce, by połowa produktów w szkolnych stołówkach była ekologiczna.

Interesuje mnie, co ma do powiedzenia na tematy damsko-męskie. Julien czyta niebieskie strony przewodnika: „Opublikujemy nazwy przedsiębiorstw, które nie respektują równości płac kobiet i mężczyzn”.

Więcej jest o policjantach i złodziejach: „Zatrudnimy 10 tys. nowych policjantów i żandarmów”, „Utworzymy 15 tys. nowych miejsc w więzieniach”. Najwięcej o edukacji (na różowo): „Najważniejsza będzie dla nas szkoła podstawowa, by każdy uczeń I klasy gimnazjum umiał czytać, pisać i liczyć”, „Zakażemy używania telefonów komórkowych w szkołach podstawowych i gimnazjach”, „Ograniczymy do 12 liczbę uczniów w klasach strefy edukacji priorytetowej”, „Wprowadzimy klasy dwujęzyczne, grekę i łacinę”.

– A co Macron myśli o chustach? – pytam Juliena, który zagląda na ostatnie strony programu. – „Nie zakażemy noszenia chust na uniwersytetach”, „Rozwiążemy stowarzyszenia, które pod przykrywką religii działają na szkodę Republiki”, tu pewnie chodzi o Bractwo Muzułmańskie. I najważniejsze: zorganizuje szkolenia o laickości na uniwersytetach. „W szkołach wprowadzimy naukę o religiach świata” – Julien kartkuje przewodnik. – Dalej tylko Europa, Europa, Europa. Macron jest bardzo proeuropejski.

Plotki

W drodze powrotnej czytam na głos o Macronie z internetu. Urodził się w 1977 r. w Amiens, rodzice byli lekarzami. Skończył filozofię – był asystentem Paula Ric?ura – i prestiżową École nationale d’administration. Potem był inspektorem finansowym, by cztery lata później zacząć pracę dla banku Rothschild & Cie. Między 2006 a 2009 r. był członkiem Partii Socjalistycznej, od 2012 r. – zastępcą sekretarza generalnego Pałacu Elizejskiego, a w 2014 r. został ministrem gospodarki, przemysłu i cyfryzacji. W kwietniu 2016 r. założył własny ruch polityczny pod nazwą En Marche!

Julien mówi, że nie chce już rozmawiać o polityce. Co musiałoby się stać, by nie zagłosował na Macrona? – Chodzą plotki, że jest gejem, a jego małżeństwo to przykrywka. To byłoby skandaliczne, bo dla wielu osób starsza żona to gwarant jego uczciwości. On tym gra, więc lepiej niech tobędzie prawdą. Słyszę też wciąż, że Macron to tylko marionetka wielkich przedsiębiorców, firm farmaceutycznych i banków. Gdyby się okazało, że ktoś za nim stoi, chybabym zrezygnował. Choć nie jestem pewien, bo jednak tak skonstruowany jest dzisiejszy świat. Nie jestem już idealistą, jakim byłem dziesięć lat temu.

 

wyborcza.pl

Radosław Sikorski o wpadkach pisowskiej dyplomacji

Radosław Sikorski o wpadkach pisowskiej dyplomacji

 25 marca 2017

Były minister spraw zagranicznych Radek Sikorski nie ma złudzeń co do kompetencji dyplomatycznych obecnych władz. – „To pokazuje taką kompletną niezborność tej ekipy w polityce europejskiej. Mieliśmy wymierny wynik: 27 do 1. Ci ludzie po prostu nie rozróżniają tego, co ważne, od tego, co symboliczne. Nie umieją się zachować w tych sytuacjach i przez to polska reputacja i polska pozycja polityczna w UE zeszła na dno” – mówił.

Pytany o to, dlaczego w takim razie ogłaszany jest sukces polskiego rządu w kwestii treści Dekretu Rzymskiego, wyjaśnił: – „Żeby przykryć blamaż, którego była autorem poprzednio. Z tego, co wiem, premier nawet próbowała się podać do dymisji. Może trzeba było, to by pokazało, że jakieś zasady wyznaje. A tak była twarzą klęski dyplomatycznej naszego kraju” – odpowiedział. – „Chodzi tylko i wyłącznie o takie pozy na użytek krajowy, a tak naprawdę jednego widza – pana prezesa” – ocenił zachowanie premier Beaty Szydło.

Sikorski doprecyzował, że chodzi o blamaż w kraju i w Europie, choć „dla Europy to nie jest aż taka ważna rzecz, że jeden kraj samolikwiduje swoją powagę w sprawach międzynarodowych. To jest irytujące, ale w sumie nieważne” – przekonywał. Jednak sam czuje żal. – „Mnie  to naprawdę bardzo boli, bo budowałem ją [powagę – przyp. red.] przez 7 lat najlepiej jak umiałem, ale wtedy cała Europa przyjmowała polskie rozwiązania, a dzisiaj jesteśmy jakimś dziwnym krajem, który myśli, że negocjuje dokumenty, który takim negocjacjom nie powinny podlegać” – przekonywał były szef MSZ.

Były minister odniósł się także do spraw brytyjskich. Jego zdaniem, spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z premier Wielkiej Brytanii Theresą May, do jakiego doszło w czwartek, nie przyniesie żadnych rezultatów. – „Żeby ratować te relacje, bo oni są jednak w tej samej grupie politycznej w PE, no to rzucono taką kruszynę prezesowi, że będziesz miał zdjęcie przed Downing Street” – ocenił. Jednak, jak mówił, w obliczu tragedii w Londynie „zamiast wyrażać solidarność i pozytywne emocje, próbujemy jakieś tam swoje małe interesiki polityczne załatwiać w Polsce, mówiąc, zresztą w głupi sposób, o polityce imigracyjnej. Europejczycy zaczynają nas uważać za ludzi nie tylko nieudolnych, ale i źle wychowanych” – dodał ze smutkiem.

Pytany na koniec rozmowy o to, czy nie żałuje, że zamiast pomóc poszkodowanym w ataku terrorystycznym pod brytyjskim parlamentem, fotografował ofiary – były szef MSZ odpowiedział: – „gdybym był ratownikiem, to pewnie bym się rzucił [na pomoc ofiarom zamachu – przy. red.], ale we mnie się obudził instynkt korespondenta wojennego”. Sikorski podkreślił, że drugi raz postąpiłby tak samo.

mpm

Źródło: polsatnews.pl

koduj24.pl

Tusk: Dziś nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom

publikacja: 25.03.2017

Foto: AFP

Dzisiaj w Rzymie odnawiamy wyjątkowy sojusz wolnych narodów zapoczątkowany 60 lat temu przez naszych wielkich poprzedników – powiedział przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk podczas uroczystości z okazji 60. rocznicy podpisania Traktatów Rzymskich.

Tusk zaczął swe wystąpienie od osobistej refleksji, bo jak – powiedział – jako 60-latek jest rówieśnikiem Wspólnoty Europejskiej. Przyznał, że dla niego „druga wojna światowa nie jest abstrakcją”, bo urodził się w Gdańsku, mieście budowanym przez stulecia przez Polaków i Niemców, ale także Holendrów, Żydów, Szkotów i Francuzów, i zniszczonym w marcu 1945 roku w ciągu kilku dni przez Hitlera i Stalina.

Wspominał o narodzinach Solidarności w Gdańsku w 1980 r. Jak mówił, marzenia robotników w Stoczni Gdańskiej były proste: o godności ludzkiej, wolności i demokracji. „Wszyscy wtedy patrzyliśmy na Zachód, na wolną i jednoczącą się Europę, instynktownie czując, że to właśnie przyszłość, o której marzyliśmy. I choć wysłano na nas czołgi i żołnierzy, marzenia te żyły dalej” – powiedział. Po zwycięstwie Solidarności w 1989 r. i upadku muru berlińskiego „droga do Europy otworzyła się dla nas”.

„Ponad połowę życia spędziłem za żelazną kurtyną, gdzie nie wolno było nawet marzyć o tych wartościach. Tak, wówczas naprawdę była to Europa ‚dwóch prędkości’. Dlatego dziś mam prawo głośno powtarzać tę prostą prawdę, że nic w naszym życiu nie jest dane na zawsze i że budowanie wolnego świata wymaga czasu, wielkiego wysiłku i poświęcenia. I dlatego udało się to w tak niewielu miejscach na ziemi. Udało się to nam. Jest bardzo łatwo zniszczyć ten świat. Wystarczy chwila. Już raz to się stało, w moim Gdańsku” – mówił Tusk.

„Dzisiaj w Rzymie odnawiamy wyjątkowy sojusz wolnych narodów zapoczątkowany 60 lat temu przez naszych wielkich poprzedników. Wówczas nie dyskutowali oni o wielu prędkościach, nie planowali ‚exitu’, ale mimo niedawnych tragicznych wydarzeń naszej historii w pełni wierzyli w jedność Europy. Mieli odwagę Kolumba, by wypłynąć na nieznane wody i odkryć Nowy Świat” – dodał. „Dlaczego dziś mamy utracić wiarę w jedność. Czy dlatego że stała się naszą rzeczywistością? Czy też dlatego, że znudziliśmy albo zmęczyliśmy się nią?” – pytał.

 

Przekonywał także, że dla milionów ludzi „Unia Europejska to nie slogany, procedury ani przepisy”. Nasza Unia to gwarancja, że wolność, godność, demokracja i niepodległość nie są już tylko marzeniami, ale naszą codziennością” – podkreślił.

Tusk podkreślił, że „dziś nie wystarczy wzywać do jedności i protestować przeciwko wielu prędkościom”. „Dużo ważniejsze jest to, byśmy wszyscy szanowali wspólne zasady, takie jak prawa człowieka i wolności obywatelskie, wolność słowa i zgromadzeń, równowagę władz oraz rządy prawa. To jest prawdziwy fundament naszej jedności” – powiedział.

Jak dodał, po sobotnim szczycie w Rzymie UE powinna być jeszcze w większym stopniu niż do tej pory Unią takich samych zasad, Unią suwerenności na zewnątrz i Unią politycznej jedności. „Udowodnijcie dzisiaj, że jesteście przywódcami Europy, że potraficie zadbać o to wspaniałe dziedzictwo, które pozostawili nam bohaterowie integracji europejskiej 60 lat temu” – podkreślił Tusk.

Ocenił też, że „Europa jako podmiot polityczny będzie albo zjednoczona, albo nie będzie jej wcale”. „Tylko zjednoczona Europa może być Europą suwerenną w relacjach ze światem zewnętrznym. A tylko suwerenna Europa gwarantuje niepodległość swoim państwom członkowskim i wolność swoim obywatelom. Jedność Europy nie jest modelem biurokratycznym. Jest zbiorem wspólnych wartości i demokratycznych standardów” – powiedział Tusk.

rp.pl

Ważne słowa @donaldtusk w 60. rocznicę traktatów rzymskich #ZjednoczonaEuropa 

Wszystkie zakręty Pawła Kukiza

Iwona Szpala, 24 marca 2017

Paweł Kukiz

1 ZDJĘCIE

Paweł Kukiz (Fot. Albert Zawada)

Paweł Kukiz rzyga polską polityką. Przypomina mu „zapchany kibel, w który trzeba włożyć gołą rękę, bo nie ma kija, którym można to odetkać”. Ale Kukiz tę rękę wkłada.
Idziemy wszyscy po nową Polskę, za sznurki pociąga jedynie idea zmian i tak powinno zostać! – tłumaczy Dariusz Pitaś, dyrektor parlamentarnego klubu Kukiz’15. W niedawnym głosowaniu nad odwołaniem marszałka Marka Kuchcińskiego czterech kukizowców jest za, czterech przeciw, 22 się wstrzymało.

W dyskusji nad ustawą o Trybunale Konstytucyjnym Stanisław Tyszka mówi, że zamachem na TK było to, co zrobiła Platforma. Dostaje brawa od PiS-owców. Gdy dorzuca: „klub Kukiz’15 obawia się, czy dyspozycyjności nie będzie chciał sobie zapewnić rząd”, klaszcze mu opozycja.

– Mamy nadzieję, że dzięki zmianom, które zostaną wprowadzone do ustawy, Trybunał przestanie być głównym hamulcowym zasadniczych zmian ustrojowych w Polsce – kończy Tyszka, deklarując, że PiS ma poparcie klubu Kukiza.

16 grudnia 2016 r. lidera nie ma w Sejmie. Gra na Śląsku koncert w rocznicę tragedii w kopalni Wujek. Przy Wiejskiej trwa awantura. Opozycja blokuje mównicę, PiS szuka poparcia u kukizowców przed głosowaniem nad budżetem. Dwoje z nich karnie idzie do Sali Kolumnowej ratować PiS kworum, od innych poseł Marek Suski słyszy „spierdalaj”. Kilka dni później Kukiz proponuje Kaczyńskiemu usunięcie opozycji z mównicy siłą. Potem się wycofuje.

Sejm zerwany! Sejm nielegalny?

– Z takimi ludźmi nie da się na twardo robić polityki. Coś ustalimy, ale potem Kukiz pójdzie do telewizji, złapie nowy nastrój, wycofa się z ustaleń i Bóg wie, co jeszcze powie. Dlatego żadna partia w Sejmie z nimi nie negocjuje poza PiS – mówi Marcin Kierwiński z Platformy.

W tym tygodniu PO poszła jednak z zaproszeniem na spotkanie w sprawie wotum nieufności dla rządu Szydło. Odpowiedź była krótka: „Przykro mi, ale już poumawiany na jutro jestem, Panie Przewodniczący Neumann” – napisał na Facebooku Paweł Kukiz.

Rok 2007. W salonie czarna skórzana kanapa, na ścianach złote płyty, bordo żaluzje w oknach, przy parapecie strzelba. Paweł Kukiz jest zadowolonym przedstawicielem klasy średniej, domatorem, myśliwym. W wywiadzie pada tylko jedna „kurwa”, ale to cytat z ekipy, która budowała mu dom. Marzy o wędkowaniu podczas długich wakacji, o odtworzeniu w okolicy populacji kuropatw i zajęcy. Na razie przycina krzewy i spaceruje po 30 arach winnicy, którą właśnie założył. Cóż to ma za znaczenie, co powie Kaczyński i Tusk? Jeszcze niedawno się tym kręcił. Teraz uważa, że to strata czasu.

Celebryta dobrze robi każdej liście wyborczej. Mógł startować od Palikota, ludowcy chcieli go na senatora. Odmawiał. W 2005 r. był twarzą komitetu poparcia Tuska, szedł w „błękitnym marszu” PO przeciwko braciom Kaczyńskim.

W 2010 r. jest już wyborcą Marka Jurka. Protestuje przeciwko warszawskiej Paradzie Równości, zasiada w komitecie honorowym Marszu Niepodległości. Boi się legalizacji małżeństw jednopłciowych, bo to krok od adopcji dzieci. Dziecko ma mieć tatę i mamę, bo wychowanie przez dwóch ojców zapowiada katastrofę. „W okresie dojrzewania jest moment ogromnego napięcia seksualnego, on, obserwując dwóch tatusiów, gdzie ta chuć zwycięża zdrowy rozsądek, pójdzie po prostu z kolegą z gimnazjum do szkolnej toalety. I później, gdy jego seksualność nadejdzie, okaże się, że jest heteroseksualistą, to on ma traumę do końca życia” – tłumaczy.

Awantury u Kukiza: odsunięty Ruch JOW, przypisywanie zasług i zawód odrzuconych

Do Platformy zraził się z powodu JOW-ów, głodu i chłodu. Jednomandatowe okręgi wyborcze to dla niego lek na całe zło w polityce. Gdy na jesieni 2012 r. zbiera podpisy pod projektem zmiany ordynacji, podpada władzy. Tak przynajmniej twierdzi Marcin Palade, autor książki „Kukiz. Król chaosu” (dostępnej na stronie www.palade.pl), z której pochodzi większość cytatów w tym tekście.

Im bardziej Paweł rozkręcał obywatelski protest na rzecz JOW-ów, tym mniej jego muzyki grało radio. Za blokadą miały stać ministerstwa i urzędy opanowane przez ludzi PO. Zamiast się skulić i wycofać, potomek Tatarów zawsze lojalnych wobec Rzeczypospolitej idzie na wojnę.

Nie jest łatwo prześladowanemu. Zimą 2012 r. pali w kominku resztkami drewna, krzewami z ogrodu. Opału trzeba sporo, bo dom muzyka ma 450 m kw. Zbierając chrust w obejściu, traci resztki złudzeń: „bunt przeciwko systemowi go wzmacnia, chłód w domu Kukizów zagrzewa Pawła do boju”.

Z tantiemami wciąż słabo, mniej też koncertów. „Cel wykończyć finansowo, zamknąć mordę. Niedoczekanie. Ja wam skurwysyny nie odpuszczę” – informuje na Facebooku. W 2013 r. na spotkaniu Federacji Obywatelskich Ruchów – Polska mówi: „Jesteśmy zalążkiem czegoś, co było w roku 1980 duchem nowej Solidarności ”.

Gdy rok później Bezpartyjni Samorządowcy namawiają go na start do sejmiku samorządowego, czuje, że represje mogą być jeszcze większe. „Wiem, jak się Donkowi [Tuskowi] znów narażę. Ale chuj, tu chodzi o przywrócenie Polski obywatelom. Zaczynamy od Dolnego Śląska”.

W ulotce obiecuje, że jeśli zdobędzie mandat radnego, wniesie do sejmiku przyzwoitość i rzetelność, a dietę odda na Ruch Obywatelski Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Wpłaca raz.

Paweł Kukiz: Przeskoczę każdy mur

Lato 2015 r. Kukiz – trzeci w wyborach prezydenckich, z 21-proc. poparciem – sprasza sztabowców do swojego Łosiowa. Przed nimi kolejna kampania. Debatują po kilka godzin z „przerwą na jaranie”, gdy Paweł już nie wytrzymuje.

Od 10 maja, dnia wyborów prezydenckich, „kilka polskich i co najmniej dwa silne zagraniczne ośrodki zastanawiają się, jak przejąć nad tym, co się urodziło, kontrolę lub to rozwalić. A mają oni dostęp do dużych budżetów, możliwości technicznych i psychologów i specjalistów od manipulacji”. Ktoś sugeruje, żeby Kukiz zaczął jeździć z kierowcą, ze względów bezpieczeństwa.

Janusz Sanocki, były burmistrz Nysy z opozycyjną kartą i przeszłością w PZPR, niesie z Kukizem sztandar ruchu JOW, mieszka pół godziny drogi od Łosiowa, jest na każde zawołanie. Swego czasu skopał dwóch nyskich radnych tylko dlatego, że przegrał z nimi w sądzie. Zagotowała się w nim kozacko-góralska krew, ale i tak został burmistrzem.

Janusz Sanocki: Poseł doskonały do burzenia tego, co sam zbudował

Miłosz Lodowski z KoLibra – stowarzyszenia, które chce „odbudowy fundamentalnych wartości cywilizacji łacińskiej” – odpowiada za wizerunek kampanii. Republikanin od Wiplera Stanisław Tyszka, były doradca ministra Gowina w rządzie PO-PSL, kroi strategię dla swojego nowego lidera.

Marcin Palade odpowiada za sondaże. To socjolog z zasługami dla PiS. W 2005 r. trafnie przewidział wyniki wyborów, dostał posadę wiceprezesa Polskiego Radia w Opolu. Musiała go zapamiętać Elżbieta Kruk, szefowa KRRiT. Wysłał jej maila ze zdjęciem penisa jako dowód na to, czym w pracy zajmuje się wrogi mu pracownik rozgłośni.

Palade wysyła listy z dołączonym zdjęciem penisa

Narady ciągną się w nieskończoność. Kukizowi pęka głowa, ale humory w Łosiowie dopisują. „Pawełku, wodzu, królu” – mówi Sanocki.

Kukiz chyba wierzy. Jednemu z członków Bezpartyjnych Samorządowców mówi: „Jeszcze raz ci powtórzę, bo może nie rozumiesz, w jakim położeniu się znajdujesz. Ja jestem królem. Ja decyduję, kto, co i jak. I albo to zaakceptujesz, albo nie będziemy współpracować. Bo ja mam 25 proc., a wy nie macie nic”. Bezpartyjni namówili go na sejmik, na prezydenturę, gromadzili fundusze, ale Kukiz dostrzegł, że są „dolnośląską sitwą”. Musi się z nimi rozstać.

O tym, że jest królem, informuje też Janusza Korwin-Mikkego i Przemysława Wiplera z Kongresu Nowej Prawicy. Chce od nich puli nazwisk, żeby mógł sobie wybierać kandydatów na posłów. Najpierw go wyśmiali, potem się oburzyli.

Ale są inni chętni do walki. Kukiz jeździ po Polsce, przemawia z żarem ubrany w „patriotyczne” koszulki. Ulubiona to ta z godłem na czarnym tle. Gdy wraca z wyborczych spotkań do Łosiowa, słyszy od doradców, że jesień zapowiada się wspaniale. W sondażach ma walczyć o pierwsze miejsce z partią Jarosława Kaczyńskiego. A potem wiadomo. Sanocki już mówi: „No, panie premierze Kukiz!”.

Na Wiejską wchodzi 42 gniewnych antysystemowców. Nie obowiązuje ich dyscyplina, słowo „program” jest zakazane. Strategię spisali na 30 stronach – pracę ekspertów koordynował „doktor Stanisław Tyszka”. Język jest prosty, dramaturgii dodają liczne przymiotniki, „Naród” zawsze dużą literą.

Posłowie Kukiza kochają Polskę, należą do wielkiego, dumnego Narodu, który właśnie się obudził. Są jakościową zmianą. Nowi, moralni, etyczni. Tak autentycznej ekipy nie było od narodzin „Solidarności”.

Wybory 2015 r. Kukiz wprowadził do Sejmu narodowców

Władza w Polsce nie może należeć do partyjnych oligarchii, obcych rządów, międzynarodowych korporacji i zagranicznych mediów. Rządzić ma Naród.

Politycy to skorumpowane, nieudolne pasożyty żywiące się konfliktem, które nadają się tylko do wyrzucenia na śmietnik historii. Od Okrągłego Stołu straszą dzieci z mównicy sejmowej i ekranów telewizorów. To właśnie przez nich wyjechało 3 mln Polaków, gospodarka stała się neokolonialna, z zagranicznymi korporacjami i tanią siłą roboczą zniewoloną kredytami.

W polityce zagranicznej liczą się tylko interesy polskie, a nie rosyjskie, ukraińskie czy europejskie.

Koniec z budżetowym finansowaniem partii. Politycy muszą zapracować na dobrowolne datki od obywateli. Bo teraz zabierają pieniądze pod przymusem, a wydają na drogie wina, cygara, biesiady, partyjne zjazdy. Posłowie to tylko pachołki prezesów partii, podobnie rząd.

Drużyna Kukiza uprości podatki, zmieni konstytucję, do ordynacji wpisze 460 JOW-ów, powalczy o obligatoryjne referendum. Raz na rok, bez frekwencyjnych progów, będzie można się wypowiedzieć na dowolny temat. Wystarczy pół miliona podpisów.

Zapowiada się przełom.

Z redaktorem portalu Polska Niepodległa Paweł Kukiz dzieli się namiastką swoich poglądów ekonomicznych.

Policyjni analitycy „są na usługach klanów partyjnych, od pewnego czasu mają za zadanie wpływ na PKB”.

Redaktor kiwa głową.

„Od listopada 2014 r. szarą strefę wlicza się do PKB. I to są dosyć pokaźne odsetki”.

Kukiz to wie, bo pewnego dnia sprawdził u znajomych policjantów, jak się ma instytucja dzielnicowego. Za komuny swojego znał, a teraz – nie.

„Dzwonię pod Olsztyn i pytam zwyczajowo: cześć, co tam u ciebie . A on: daj spokój, prostytutek szukam .

Jak to szukasz?

Ano tak, bo mam sześć zarejestrowanych, potrzebuję czternastu. Takie dostałem polecenia, taki mam wykazać wynik”. W innych komendach tego dnia też szukali prostytutek.

Puenta: „Wystarczy po prostu stworzyć sztucznie ilość prostytutek, handlarzy narkotyków, Bóg wie czego itd., wrzucić to w szarą strefę i rośnie nam PKB. Na tym polega ten kurewski system”.

– Klub parlamentarny jest autorskim dziełem Pawła i kilku osób, które szeptały mu wówczas do ucha – mówi nam uczestnik castingów na posłów Kukiza.

Nad Kukiz’15 powiewa moc sztandarów. Solidarność Walcząca z Kornelem Morawieckim, ruch JOW z Sanockim, singiel Piotr Liroy-Marzec, Kongres Nowej Prawicy, „Solidarność”, Republikanie, Unia Polityki Realnej oraz kwiat Ruchu Narodowego z Robertem Winnickim.

– Po dwoje z każdego gatunku politycznego – mówi prawicowy polityk. – Arka Noego.

Drużynę dopełniają debiutanci, którzy zgłosili się na listy.

Pod drzwiami kłębiły się tłumy. – Lokalne komisje weryfikacyjne rozrastały się, nie było wiadomo, kto decyduje, a kto tylko obserwuje. Spotkania były zrywane, dochodziło do rękoczynów, wyzwisk – opowiada były współpracownik komitetu wyborczego.

Jedno z dużych miast. Komisja pyta kandydata, „czy gotów stanąć z pałą przed parlamentem i nie wpuścić na obrady posłów”. Dostał wysokie miejsce na liście, ale zaraz potem wyleciał. Miejsce było potrzebne protegowanemu Kukiza.

Warszawa, weryfikuje dziewięciu mężczyzn. „Pytają o daty rozbiorów, o powstanie styczniowe i warszawskie. Sam, uprzedzając pytanie, podaję datę wybuchu II wojny światowej. Jeden z członków komisji prosi o datę wejścia Polski do Unii. Mówię, że 1 maja 2004. Kilku w komisji przytakuje, część kręci głową na nie , inni siedzą cicho”.

Ostatecznie o listach wyborczych decydowali ówcześni zaufani – Sanocki, Morawiecki, Dominik Kolorz, szef „Solidarności” na Górnym Śląsku, Marek Mnich, lider Solidarności ’80. Narodowcy i ekipa KoLibra obserwowali. W trakcie dołączył Dariusz Pitaś. Rozmowę z portalem Pressmania Pitaś zaczyna od tego, że nienawidzi skurwysyństwa. „Jak zauważyłem choć cień dożłobstwa, wycinałem delikwenta bez mrugnięcia okiem”. Naraził się wielu, ale „z wielką przyjemnością patrzył, jak wiją się w swojej nienawiści!”. Ujawnił kilku psychopatów. Psychiatrycznie oceniał też kandydatów Paweł Kukiz-Szczuciński, kuzyn lidera.

Pitaś zmilcza, że weryfikację wspomagał system donosów. „Kukiz nazwał to transparentnością i weryfikacją kandydatów na kandydatów” – pisze Marcin Palade.

Filary klubu to dyrektor Pitaś, kuzyn psychiatra Kukiz-Szczuciński, marszałek Tyszka i Marek Jakubiak, poseł browarnik.

– W kampanii prezydenckiej pan Pitaś przyjechał na rowerze, organizował rajd poparcia dla Pawła. I po prostu został – opowiada jeden ze współpracowników.

Wyjechał tym rowerem z małopolskiej wsi Borzęcin, gdzie uwierzył w JOW. Podziwia Kukiza, mówi, że to lider XXI wieku z potencjałem, o jakim nawet nie śnią tradycyjni politycy. Siebie nazywa drobnym, nic nieznaczącym pyłkiem. Nazywają go „Wachowskim Kukiza”.

W życiu miał zakręt. Siedział za pobicie i kradzież. Wyroki są zatarte, ale Pitaś nie żałuje tego, co zrobił. Był wtedy na wojnie ze złymi ludźmi – lichwiarzami pożyczającymi na procent. Paweł Kukiz to rozumie.

Dariusz Pitaś rozsiadł się w biurze przy Wiejskiej i trzyma się mocno. – Wie, że Paweł jest obsesyjnie podejrzliwy. Rozpuszcza informacje, że wokół klubu kręcą się służby albo tabloidy, idzie z tym do Kukiza i mówi, że wszystko załatwi – opowiada nasz rozmówca. – Oczywiście nikt za nami nie chodzi, ale Pitaś opowiada Pawłowi, że atak zatrzymał, choć było ciężko. Kukiz ściska mu dłoń, mówi: „Dareczku, co ja bym bez ciebie zrobił?”. I tak do następnego razu.

Dawni zwolennicy Kukiza założyli dyrektorowi profil na Facebooku „Pitaś’15”, gdzie uparcie twierdzą, że to on jest prawdziwym liderem. Kukiza nazywają pomocnikiem Pitasia.

Bardziej dyskretną pieczę nad klubem ma Paweł Kukiz-Szczuciński. Działa w Stowarzyszeniu na rzecz Nowej Konstytucji, czyli zapleczu intelektualnym Kukiz’15. – Mówi o sobie Paweł Kukiz Drugi, przychodzi „na kluby”, głównie obserwuje posłów – opowiada nasz rozmówca.

W przesłuchaniach Kukiz-Szczuciński stosował nowatorskie metody. „Jestem biegłym sądowym, którego zadaniem jest odpowiedzenie na pytanie, na ile wiarygodny jest podsądny” – wyjaśnia w Pressmanii.

„Pojawił się kandydat, który stwierdził, że mieszka w Olsztynie. Były co do tego pewne wątpliwości. Pytałem więc najpierw, czy jest kierowcą, gdy odpowiedział, że jest, wówczas pytałem o oznaczenie literowe rejestracji aut w Olsztynie”.

Wtedy wpadł.

„W innym przypadku kandydat chwalił się, że jest matematykiem. Spytałem go, czy wie, kim jest Grigorij Perelman. Każdy matematyk to wie – on nie wiedział”.

Po wyborach jest doradcą wodza i marszałka Tyszki, trzyma z dyrektorem Pitasiem. Zaniedbał praktykę lekarską, ale Polska jest w kluczowym momencie, czasy są niespokojne.

Po tym, co przytrafiło się Platformie w restauracji Sowa & Przyjaciele, uznał, że trzeba wzmóc czujność. Kukizowcy przeszli szkolenie. Wiedzą, by od nieznajomych nie brać „gratisów” ze sprzętem elektronicznym, nie chodzić do wszystkich ambasad, ostrożnie wybierać zaproszenia. Obce wywiady i zorganizowana przestępczość nie śpią. Za wschodnią granicą toczy się wojna.

W wywiadzie dla Pressmanii pojawia się też seria pytań o zaburzenia osobowości, narcyzm, uzależnienia od alkoholu i narkotyków w klubie Kukiz’15. Kukiz-Szczuciński nie odpowiada, bo w Sejmie nie jest psychiatrą, tak jak nie był nim w… Watykanie Joaquin Navarro Valls, rzecznik Jana Pawła II.

Podporą klubu jest Marek Jakubiak, poseł browarnik, milioner, specjalista dziedzin różnych. W PRL był żołnierzem w obsłudze naziemnej migów, na początku lat 90. założył firmę montującą kablówki, zatrudniał dawnych kolegów z wojska. Sprzedał biznes dużemu operatorowi, wszedł w branżę piwną.

Nie lubi gejów. Bokserowi Dariuszowi Michalczewskiemu, który występuje w obronie mniejszości, napisał na Fejsie: „Życzę ci mamusi z fujarką zamiast piersi, będziesz miał co ssać”. To było w 2014 r., gdy Jakubiak nie myślał jeszcze o posłowaniu.

Po wejściu do Sejmu golf i skórę zamienia na eleganckie marynarki, wiąże fular pod szyją, ale poglądów nie zmienił. Jest fanem narodowców i Marszu Niepodległości. W polityce zagranicznej PiS podoba mu się „podniesiona głowa”. Sponsoruje portal Kresy.pl, krytyczny wobec Ukrainy i Litwy, który telewizja Republika oskarżyła o związki z Kremlem i przyjmowanie rubli.

Jakubiak nie chce imigrantów, bo nie chce mieć „Paryża w Warszawie”. – Muzułmanie sami pokazali, gdzie jest ich miejsce – tłumaczy poseł. – Nasza kultura chrześcijańska oparta jest na życiu, ich na śmierci. I mówię to z całą odpowiedzialnością. Nas po zabiciu człowieka nie czeka nic dobrego, a w ich przypadku samo niebo. A słyszałem, że nawet dziewice – dorzuca z uśmiechem.

Nie widzi zagrożenia demokracji w Polsce: – Kto chce, to demonstruje, wygłasza opinie w radio, w telewizji. Niemieckojęzyczni politycy pytają: „jak u was z demokracją”. A co was obchodzi? Zajmijcie się swoją.

Nie podoba mu się, że Tusk powiedział do prezydenta Dudy o moralnym prawie Europy do włączania się w polską debatę nad łamaniem praworządności. – Co to jest moralność, panie Tusk? No? – mówi do mikrofonu dziennikarza. – Co się u nas takiego dzieje, łapanki jak podczas II wojny światowej?

Doktor prawa Stanisław Tyszka jest wicemarszałkiem Sejmu, bo tak chciał lider. Chodzi za nim krok w krok, a nawet odbiera z lotniska, żeby spędzić choć chwilę z Kukizem.

– Na spotkaniach, jak Paweł wstaje, to Tyszka wstaje. Wychodzi zaraz za nim. Jednego razu na klubie, gdy Tyszka zerwał się z krzesła, Paweł rzucił: „Idę do toalety, chcesz ze mną?”.

Marszałek raczej nie konfrontuje się z szeregowymi posłami, ale bywają wyjątki. – Złajał Basię Chrobak, bo aspirowała do komisji sejmowej, choć on wskazał swoją kandydatkę. Powiedział Basi: „Ty głupia babo”. Wtedy wstał jeden z posłów i powiedział po męsku, że zaraz da mu w ryj.

Bo czasami atmosfera w Kukiz’15 przypomina męską szatnię. Jedna z pań usłyszała, że na pewno kocha się z mężem przez dziurę w prześcieradle, skoro taka jest wierząca. Ale płeć nie ma znaczenia. – Jak nie ma obok Tyszki, to Paweł często z niego drwi przy posłach – słyszymy od naszego rozmówcy. – Taki rockandrollowy styl, ale wszyscy wiedzą że marszałek ma mocną pozycję. Jemu się nie podskoczy.

Szeregowi posłowie nie zajmują się spiskowaniem. Są pracowici, rozmawiają z wyborcami w terenie. Od początku kadencji złożyli setki interpelacji – od wielkich spraw ideowych do eksploracji kosmosu i problemów dotyczących zwykłych ludzi.

Nie walczą o posady i wpływy w publicznych instytucjach. Kukiz wziął tylko wiceprezesa w TVP, miejsce w Radzie Mediów Narodowych, posłowie siedzą w radach programowych mediów publicznych.

Naubliżali już chyba wszystkim. Jeśli jest okazja, zawsze skorzystają.

Kukiz, zaproszony do TV Republika, nazwał jej dziennikarzy „PiS-owskimi kurwami”, media opisujące jego oświadczenie majątkowe to pismaki-ścierwojady. Prezydent Komorowski budował zgodę kata z ofiarą, na warunkach kata, Ryszard Petru jest sojusznikiem banksterów. Pod hasztagiem „Rzeplińscy” Kukiz publikuje listę „PZPR-owców i współpracowników SB w Platformie”.

Od wiosny 2016 r. jest na noże nawet z antysystemową prawicą, a przecież był gościem weselnym szefa narodowców Roberta Winnickiego, dawał im gwarancje, że zejdzie im z drogi, gdy będą krzewić w Sejmie ideę narodowo-katolicką.

Ale rozszyfrowali Kukiza. Podejrzewają, że od początku chciał anihilować patriotów, wejść klinem między środowiska, które wciąż walczą o wolną Polskę. Ale nie tak jak PiS, w którym roi się od karierowiczów, lizusów, aparatczyków. Kongres Nowej Prawicy się nie dał, Ruch Narodowy w porę oprzytomniał.

Mówią o nim Komunistyczna Partia Kukiz, bo „Ognia”, bohatera „wyklętych”, porównał do UPA. Memy, na których występuje z Adrianem Zandbergiem i Joanną Scheuring-Wielgus, podpisują: „zdrajcy polski, szydzą z wyklętych, czczą banderowców”.

Kukiz odpowiedział na Fejsie: „To nie Narodowcy. To bydło z wyciętą na bejsbolu Polską Walczącą”.

Rozwód zaczął się od nagrania, na którym Kukiz naopowiadał, jak nienawidzi Artura Zawiszy. Na widok byłego posła PiS, dziś wiceprezesa Ruchu Narodowego, dostaje białej gorączki. Słuchacze mocno się dziwili, bo niedawno popierał jego Marsz Niepodległości.

Gorączką reaguje też, gdy widzi „psychopatów”, którzy mówią, że Żydów należy mordować, a Murzyna zastrzelić. Kukiz rzuca: „Czy wyście nie zauważyli, że ten Ruch Narodowy się rozpierdolił? Myślicie, że to był kurwa przypadek?”.

Zawisza uważa Kukiza za „umysłowo zacieśnionego”.

– Wie pani, skąd wzięła się nazwa klubu Kukiz’15? – pyta jeden z polityków. – Bo tylu Kukizowi zostanie posłów na koniec kadencji – odpowiada.

Po awanturze z taśmami odszedł Winnicki. Kornel Morawiecki głosował ręką klubowej koleżanki Małgorzaty Zwiercan. Oboje są w kole Wolni i Solidarni. Z 42 zostało 33.

Rafał Wójcikowski zginął w wypadku samochodowym. – Był jednym z bardziej pracowitych posłów – mówi Miłosz Lodowski, dawny współpracownik Kukiza, który z Wójcikowskim się przyjaźnił. – Ale miał problemy w klubie. Usłyszał, że ma przestać „fikać”, bo jak nie, to wszyscy się dowiedzą o jego chorobie.

Przed głosowaniem nad rządowym projektem ustawy o prawie oświatowym opozycja apelowała, by odróżnić w nim autyzm od zespołu Aspergera. PiS się nie zgadzał do czasu, gdy na mównicę wszedł Wójcikowski: „Jestem człowiekiem z zespołem Aspergera, mam dwoje dzieci z zespołem Aspergera. Takie osoby mają niewiele wspólnego z autyzmem. Poprawka pozwoli, by miały te same prawa co dzieci z innymi dysfunkcjami”.

– Rafał był już zdecydowany na rozstanie z posłami Kukiza – mówi Lodowski. Jego mandat objęła Małgorzata Jankowska, ale natychmiast dołączyła do koła Republikanie założonego przez dwie inne posłanki od Kukiza.

Odejścia posłów rzecznik klub Jakub Kulesza bagatelizuje. Powtarza historię Porozumienia Centrum o tym, jak Jarosław Kaczyński w latach 90. też został z garstką swoich ludzi, a teraz rządzi krajem. – Kiedyś Paweł powiedział, że na kolejne wybory i tak się wszystkich posłów wymieni – mówi nasz rozmówca. – Nie wiadomo, czy to żart, czy rzeczywiście taki ma plan.

W marcowym sondażu CBOS Pawłowi Kukizowi ufało 48 proc. Polaków, ustępuje tylko Andrzejowi Dudzie i Beacie Szydło. Nie ufa mu 27 proc. badanych. Kukiz ’15 w różnych sondażach ma od 5 do 8 proc. poparcia. W wyborach miał 8,8 proc.

Janusz Sanocki wszedł do Sejmu z listy Kukiza, ale muzyk go nie chciał. Jest posłem niezrzeszonym.

W listopadzie 2015 r. napisał list, w którym zarzucił liderowi wieczny chaos i całkowity rozdźwięk między tym, co publicznie deklaruje (obywatelskość, transparentność), a tym, co naprawdę robi. Wytykał Kukizowi eliminowanie ludzi, którzy mogą mieć własne zdanie, i otaczanie się postaciami nie wiadomo skąd albo „młodymi fanami”. Pytał, na jakiej zasadzie „jakiś Pitaś” ma rządzić klubem poselskim.

Nie miał dla byłego „króla i wodza” litości: – Obaj wiemy, wie to i Kukiz-Szczuciński, i inni, że nie masz żadnych kwalifikacji – ani zawodowych, ani osobowych – na premiera.

Szans Pawła Kukiza nie przekreśla jednak Jarosław Kaczyński.

Czyżby puścił w niepamięć wywiad muzyka z 2008 r.? – W tym czasie, gdy ja się tłukłem z zomowcami, ten pan siedział z kotem na kolanach, mamusia przynosiła mu rosół – mówił Kukiz, wtedy wyborca PO.

Teraz prezes PiS to polityk konsekwentny, nie do kupienia, ale otaczają go koniunkturaliści i chcą wykorzystać jego samotność. Że bez rodziny i karty kredytowej? „Czy znaleźlibyśmy lepszego człowieka do czyszczenia państwa z korupcji? Z klimatu, gdzie pieniądz jest wartością nadrzędną? Gdzie takie słowa, jak: Bóg, honor, ojczyzna, zostały zdewaluowane?” – dopytywał Kukiz latem 2016 r. na spotkaniu w Toruniu.

Chciał mu zajrzeć w oczy na długo przed wejściem do Sejmu, odkryć, co liderowi PiS gra w duszy. Gdy wreszcie zajrzał, było tak: „pierwsze dwa spotkania robiłem w takiej tajemnicy, że w stanie wojennym się poruszałem bardziej swobodnie po godzinie policyjnej”. W lutym tego roku w radiowej Jedynce przyznał, że tych spotkań było już około pięciu.

– W klubie mamy taki „okrągły stół”, gdzie szło się na papierosa. Słyszeliśmy, jak Kukiz opowiadał swoim zaufanym, że Kaczyński robi mu wykłady z zawiłości polskiej polityki po 1989 r. Pawłowi to się bardzo podoba.

Po klubie krążą różne teorie. Najpopularniejsza jest taka, że w przyszłej kadencji drużyna Kukiza może zostać koalicjantem PiS. – Ponoć prezes miał powiedzieć Pawłowi, że liczy na nas, bo nie jest pewny ani ludzi Ziobry, ani Gowina. Najpierw musimy jednak pokazać, że jesteśmy jak jedna pięść.

Po rozmowach z Kaczyńskim w klubie Kukiz’15 pojawiło się słowo „dyscyplina”. Gdy władze zarządzą, trzeba jej przestrzegać podczas sejmowych głosowań. Nie ma też chodzenia po mediach ogólnokrajowych bez zgody. – No i Paweł zabronił atakować prezesa. PiS możemy krytykować, Kaczyńskiego nie – opowiada osoba związana z klubem.

– Ponieważ o tych spotkaniach „na mieście” krążą legendy, zapytałem o nie jednego z bliższych współpracowników prezesa – mówi były polityk PiS. – Wie pani, co odpowiedział? „Tak, Kukiz spotyka Kaczyńskiego. Co dwa tygodnie widzą się ze swoich miejsc w Sejmie”.

 

wyborcza.pl

Szczyt UE w Rzymie. Rozwodniono zapisy o „różnych prędkościach”. Ale przyszłość niesie ryzyko dla Polski

Tomasz Bielecki, Bruksela, 25 marca 2017

Spotkanie papieża z unijnymi przywódcami w Watykanie

1 ZDJĘCIE

Spotkanie papieża z unijnymi przywódcami w Watykanie (Andrew Medichini / AP (AP Photo/Andrew Medichini/pool))

„My, przywódcy 27 krajów oraz instytucji UE, jesteśmy dumni z osiągnięć Unii Europejskiej. Europejska jedność zaczęła się jako marzenie nielicznych, lecz stała się nadzieją dla wielu. A dzisiaj jesteśmy zjednoczeni i silniejsi” – głosi Deklaracja Rzymska.
Unijni przywódcy spotykają się dziś na rzymskim Kapitolu, by świętować 60. rocznicę traktatów rzymskich. Prapoczątkiem powojennej integracji europejskiej była „deklaracja Schumana” z 1950 r. proponująca utworzenie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Jednak również traktaty rzymskie uchodzą za kamień milowy, bo powołały m.in. Europejską Wspólnotę Gospodarczą, z której bezpośrednio wyrosła Unia Europejska.

>> Transmisja na żywo z uroczystego szczytu UE w Rzymie

Dla jednych ratunek dla UE, dla Polski ryzyko

Referendalna wygrana Brexitu w 2016 r. sprawiła, że reszta Unii (w Rzymie nie ma dziś brytyjskiej premier Theresy May) podczas dzisiejszej okrągłej rocznicy traktatów stara się skupiać na celebrowaniu jedności 27 krajów Unii. „Unia jest niepodzielona i niepodzielna” – głosi tekst rocznicowej Deklaracji Rzymskiej, która zostanie oficjalnie przyjęta dziś przed południem.

Tekst, który wynegocjowano w ostatni poniedziałek, mówi o „bezprecedensowych wyzwaniach” dla Unii – od terroryzmu przez presję migracyjną oraz protekcjonizm aż po nierówności społecznie i ekonomiczne. Przywódcy zobowiązują się do budowania „Europy bezpiecznej” (m.in. z dobrze chronionymi granicami zewnętrznymi), „Europy dostatniej i zrównoważonej”, „Europy socjalnej/społecznej” (m.in. walczącej z dyskryminacją, wykluczeniem społecznym i ubóstwem) oraz „Europy silniejszej” w kontekście globalnym (m.in. wzmacniającej obronność we współpracy z NATO). „Europa jest naszą wspólną przyszłością” – brzmi ostatniej zdanie Deklaracji.

Deklaracja nie kreśli konkretnych reform, a więc dopiero z czasem okaże się, czy pozostanie czysto odświętnym dokumentem, czy też jej zobowiązania zostaną jednak wypełnione treścią. M.in. pod wpływem Polski, reszty Grupy Wyszehradzkiej i szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska w dokumencie rozwodniono zapisy dotyczące „różnych prędkości” (ta nazwa nie pada), czyli grup krajów o słabszej bądź ściślejszej integracji (już dziś taki mocny podział istnieje między eurolandem i resztą). „Będziemy działać – kiedy to potrzebne – z różnym tempem i intensywnością, ale idąc w tym samym kierunku. Jak robiliśmy to w przeszłości w zgodzie z traktatami. I trzymając drzwi otwarte dla tych, którzy chcą dołączyć potem” – głosi Deklaracja.

>> Polacy o UE: Odrzucamy Polexit, dajemy Unii prawo do interwencji, ale euro przyjąć nie chcemy [Sondaż Kantar Public dla "Wyborczej"]

Jednak sam fakt, że ten temat poruszono w tak krótkim, dwustronicowym tekście, pokazuje, jak wysoko na liście priorytetów znajduje się zróżnicowane, ryzykowne dla Polski tempo integracji dla różnych grup krajów w Unii. Dla części krajów UE to sposób na ratowanie integracji europejskiej, dla Polski – ryzyko zepchnięcia na decyzyjne obrzeża Unii. Zwłaszcza że politycznych strat z nieprzynależności do strefy euro nie może, nawet częściowo, zrównoważyć polityka rujnująca polską reputację w Europie.

Zobacz: „Unia Europejska była naszym marzeniem i nadal nim jest”. Tusk i Grybauskaite o wspólnej Europie

Papież do przywódców UE: Udało się obalić mur

Przed dekadą, w 50. rocznicę traktatów rzymskich Unia przyjęła Deklarację Berlińską (to był czas niemieckiej prezydencji w UE). Wówczas spory dotyczyły m.in. wpisania do tekstu chrześcijańskich korzeni Europy, do czego nie doszło. Brak takiego zapisu był wtedy krytykowany przez Watykan. W piątek wieczorem przywódców UE przyjął papież Franciszek, ale tym razem nikt nie zaprzątał sobie głowy sporem o zapisanie „korzeni” w deklaracji. W negocjacjach nie proponowała tego nawet Polska.

„Pierwszym elementem żywotności europejskiej jest solidarność. Z solidarności rodzi się zdolność do otwarcia się na innych. W świecie, który dobrze znał dramat murów i podziałów, bardzo wyraźne widziano znaczenie pracy na rzecz Europy zjednoczonej i otwartej oraz wspólną wolę starania się o usunięcie tej nienaturalnej bariery, która dzieliła kontynent od Bałtyku po Adriatyk. Jakże wiele trudu położono, aby obalić ten mur! A mimo to zatracono dziś pamięć tego trudu” – powiedział w piątek papież Franciszek. Cytując jednego z ojców integracji europejskiej Luksemburczyka Josepha Becha, papież zakończył przemowę zdaniem: „Ceterum censeo Europam esse dificandam” („A ponadto sądzę, że Europa powinna być budowana”).

- Dlaczego dzisiaj mielibyśmy utracić wiarę w cel tej jedności? Czy tylko dlatego, że stała się naszą rzeczywistością? Albo że zaczęła nas nudzić lub męczyć? – powiedział m.in. na początku szczytu przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

W swym przemówieniu na Kapitolu mocno dystansował się od pomysłów na promowanie Europy wielu prędkości. Mówiąc o swej młodości przyrównał Europę podzielną żelazną kurtyną do Europy dwóch prędkości. Ale niemal wprost wytknął władzom Polski (bez wymieniania ich z nazwy) , że głównym powodem rosnącego ryzyka coraz większej marginalizacji w Unii jest ich własna polityka.

„Nie wystarczy protestować przeciw wielu prędkościom. Trzeba respektować nasze wspólne wartości, prawa człowieka, równowagę władz i praworządność” – powiedział Tusk na Kapitolu.

>> Donald Tusk na szczycie UE w Rzymie: Europa, nasza wolność [TREŚĆ CAŁEGO PRZEMÓWIENIA]

Po uroczystej sesji szczytu na rzymskim Kapitolu (i konferencji prasowej m.in. Donalda Tuska) uczestnicy około południa zostaną przewiezieni do siedziby prezydenta Włoch Sergia Mattarelli na Kwirynał na wspólny obiad. To zakończy obrady. Rzym szykuje się dziś na liczące kilkadziesiąt tysięcy ludzi marsze zwolenników integracji europejskiej. A także na kontrdemonstracje anarchistów.

wyborcza.pl

Waszczykowski żali się na łamach „Der Spiegel”: Polskie interesy naruszane są wszędzie

WB, PAP, 25.03.2017

Witold Waszczykowski

Witold Waszczykowski (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Szef MSZ Witold Waszczykowski w wywiadzie dla tygodnika „Der Spiegel” przekonywał, że polskie interesy naruszane są „wszędzie”. Ocenił również, że to Unia najbardziej korzysta z członkostwa Polski, a nie odwrotnie.

 

- Wzywamy Europę do jedności, nie chcemy dalszych podziałów – powiedział Waszczykowski. – Dwie, a może nawet wiele prędkości to recepty na rozbicie Europy – ostrzegł. Jego zdaniem UE znalazła się „w punkcie zwrotnym”. – Albo pozostaniemy razem, albo każdy pójdzie własną drogą- oświadczył. Różne prędkości doprowadzą, zdaniem Waszczykowskiego, do powstania „grupy przewodniej, która będzie panować nad innymi krajami”.

Pytany o polskie propozycje reform, Waszczykowski wskazał na ochronę granic i politykę obronną jako obszary, w których Polska „może sobie wyobrazić bardziej intensywną współpracę”. Jego zdaniem należy „zastanowić się nad kompetencjami europejskich instytucji”. Jak sprecyzował, składająca się nie z wybranych przedstawicieli, lecz z urzędników Komisja Europejska nie powinna mieć prawa do kontrolowania krajów członkowskich, jak ma to miejsce w przypadku procedury praworządności wobec Polski. – Komisja powinna jedynie wypełniać dyrektywy Rady Europejskiej i nie powinna mieć ambicji politycznych – oświadczył szef MSZ.

Merkel wydała dyrektywę innym krajowym

Odnosząc się do reelekcji Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej, Waszczykowski wrócił uwagę, że kanclerz Angela Merkel na kilka godzin przed szczytem UE powiedziała w Bundestagu, iż cieszy się na wybór Tuska. – Uważamy, że Angela Merkel wydała tym samym polityczną dyrektywę innym krajom: chcę, by Tusk wygrał – wyjaśnił minister.

Oceniając relacje polsko-niemieckie Waszczykowski wskazał na różnice zdań w polityce energetycznej. Powiedział też, że Polska uważa, iż Niemcy nie powinny „dyktować” innym krajom, ilu uchodźców mają przyjąć. Jako przykład wspólnego podejścia wymienił natomiast politykę obronną. – Oczywiście Niemcy są dla nas ważnym partnerem – oświadczył. Przypomniał, że wzajemne obroty handlowe przekroczyły 100 mld euro, czyli więcej niż między Niemcami a Rosją.

Polskie interesy naruszane są „wszędzie”

- Przez wiele lat próbowano nas przekonywać, że UE jest klubem altruistów, że nie istnieją już rywalizujące ze sobą narodowe interesy. Co najmniej od szczytu sprzed dwóch tygodni wiemy, że to nieprawda. Nauczyliśmy się: musimy bronić naszych polskich interesów. To jasne, że mamy mniej władzy i mniejszy potencjał gospodarczy niż Niemcy. Chcemy jednak, by nasze sprawy były traktowane poważnie – powiedział minister w wywiadzie.

Zdaniem Waszczykowskiego polskie interesy naruszane są „wszędzie”. Wymienił politykę energetyczną, w tym budowę gazociągu Nord Stream oraz politykę klimatyczną. – Nie możemy pozwolić sobie na to, by stać się zacofanym krajem z czystym powietrzem. Potrzebujemy zarówno szansy na wzrost, jak i czystego środowiska – dodał szef MSZ.

To Unia korzysta z Polski

Odnosząc się do uwagi dziennikarza „Spiegla”, że Polska jest największym beneficjantem UE i do 2020 roku otrzyma z unijnych funduszy strukturalnych ok. 80 mld euro, Waszczykowski odparł, że to Unia najbardziej korzysta z członkostwa Polski. – Jesteśmy rynkiem z 40 mln ludzi – zauważył, dodając, że Niemcy sprzedali na rynku polskim towary o wartości 55 mld euro. Unijne fundusze strukturalne są, jego zdaniem, „rekompensatą za otwarcie polskiego rynku”.

gazeta.pl

Republikanie i Trump polegli. Reputacja „speca od dobijania targu” nadszarpnięta. Obamacare zostaje

Magda Działoszyńska, 25 marca 2017

Trump

1 ZDJĘCIE

Trump (EVAN VUCCI/AP)

Głosowanie nad ustawą reformującą Obamacare drugi dzień z rzędu odwołano w ostatniej chwili. Republikanom nie udało się zebrać większości, by ją przegłosować. Słowa „porażka, rozczarowanie i frustracja” członkowie partii odmieniali wczoraj przez wszystkie przypadki.
– Byliśmy blisko, ale nie udało się osiągnąć konsensusu – powiedział dziennikarzom spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, tuż po tym jak zaplanowane na 15.30 w piątek czasu waszyngtońskiego głosowanie zostało odwołane w ostatniej chwili. Godzinę wcześniej Ryan pojechał do Białego Domu przekazać prezydentowi, że mimo negocjacji z różnymi frakcjami i ustępstw w ich stronę, ustawa nie dostanie 216 potrzebnych do jej zatwierdzenia głosów. Wtedy obaj zgodzili się, że głosowanie trzeba odwołać, choć nie ma jasności co do tego, kto pierwszy wyszedł z propozycją.

Głosowanie miało się odbyć dzień wcześniej, ale wstrzymano je w ostatniej chwili, z tych samych powodów. Później prezydent Trump postawił Republikanom ultimatum – macie większość czy nie, trzeba głosować. W kuluarach słychać było, że większości nie ma, w związku z czym obserwatorzy amerykańskiej sceny politycznej spekulowali nad sensem takiej strategii. Wskazywano, że jest żywcem wzięta z jego książki „The Art of the Deal”, w której Trump – za pomocą ghost writera – opisał swoje strategie biznesowe i że za pomocą takiego blefu chciał skłonić przeciwników do zmiany zdania.

Trump: Niech Obamacare eksploduje

Ale blef się nie powiódł i prezydent Trump po raz pierwszy przekonał się, że rządzenie krajem to nie to samo, co robienie interesów. A wykuwanie porozumień w Kongresie, aby przeprowadzać ustawy, to nie lada sztuka.

– Nauczyliśmy się co nieco o lojalności i o tym, jak działa Kongres – powiedział do dziennikarzy krótko po głosowaniu i dodał, że prawdziwymi przegranymi są Demokraci, którzy nie dali nam ani jednego głosu poparcia, więc to wszystko, co stanie się dalej, będzie ich odpowiedzialnością. A 2017 rok będzie dla Obamacare bardzo zły, koszty bardzo wzrosną. Właśnie dlatego, to, co się wydarzyło, to właściwe najlepsze, co mogło się wydarzyć. Zostawmy Obamacare sobie, niech eksploduje – mówił.

Tylko że cofnięcie Obamacare od 7 lat jest obietnicą wyborczą Republikanów. To z nią na ustach przejęli władzę w Izbie Reprezentantów, Senacie i Białym Domu. Kandydując na urząd prezydenta, Donald Trump mówił, że to jego priorytet i że obietnicy dotrzyma bo jest „specem od dobijania targu” – nie straszne mu więc polityczne impasy, jakie często blokują zapadanie decyzji na Kapitolu.

W tym przypadku targu nie udało się dobić, ponieważ Trumpcare, jak potocznie mówi się na American Health Care Act, nie spełniło oczekiwań wszystkich frakcji w partii republikańskiej. Najbardziej konserwatywne skrzydło domagało się przede wszystkim zapisów, które drastycznie obniżą koszty ubezpieczeń. Ale aby je obniżyć, trzeba było obniżyć jakość usług, np. wykreślić zapis o podstawowych świadczeniach, które ubezpieczyciele muszą zapewnić. Lecz pójście na te ustępstwa nie dość, że nie w pełni przekonało konserwatystów, to dodatkowo odstraszyło bardziej umiarkowanych członków partii.

Każdy w Waszyngtonie to wie

W tym kontekście CNN przypomniało słowa byłego republikańskiego spikera Johna Boehnera, którego zastąpił Paul Ryan. Boehner przewidywał, że z reformy Obamacare nic nie wyjdzie, bo przez 25 lat, jakie spędził w Kongresie, ani razu nie zdarzyło się, by wśród Republikanów panowała zgoda co do tego, jak powinien wyglądać system ochrony zdrowia.

Uchwalenie reformy, która kiedyś była dużo mniej popularna niż teraz, kosztowało Demokratów utratę przewagi w Kongresie. A Republikanie, choć przez 7 lat się jej przeciwstawiali, nie byli w tym czasie w stanie skonstruować alternatywy.

– Każdy, kto zna Waszyngton wie, jak trudny to temat. Wydaje się, że jedynym, który nie wiedział był Donald Trump – przekonywał jeden z komentatorów politycznych na antenie CNN. Stacja cały wieczór puszczała zbitki archiwalnych wypowiedzi prezydenta obiecującego „dużo lepszą opiekę, za ułamek ceny” i podobnie jak inne nieprzychylne prezydentowi media, mówiła o dojmującej porażce. Media prawicowe starały się nadać tej historii inną narrację: „Niech Obamacare eksploduje” – Trump wini Demokratów” (Fox News), „Z braku większości Ryan zrywa głosowanie” (Breitbart News).

Nancy Pelosi, była spiker Izby z ramienia partii demokratycznej, powiedziała o porażce Trumpcare, że to zwycięstwo Amerykanów, którzy nie stracą dostępu do ubezpieczenia. Ale nawet wśród Demokratów i zwolenników Obamacare można usłyszeć, że program nie jest doskonały i przydałoby się ponadpartyjne porozumienie, by go udoskonalić. Choć osiągnął on swój podstawowy cel i umożliwił 24 milionom mniej zamożnych Amerykanów ubezpieczenie się, uczynił to kosztem dużych obciążeń dla budżetu, a ponadto nie rozwiązał kluczowego problemu, czyli wysokich i rosnących kosztów świadczeń zdrowotnych.

Administracji Trumpa zależało na tym by obciążenia dla budżetu zminimalizować ponieważ planuje przeprowadzić poważną reformę systemu podatkowego i wprowadzić duże ulgi, na co potrzebne są wolne środki. Prezydent powiedział, że dalszych starań o wycofanie Obamacare na razie nie będzie, a Biały Dom skoncentruje teraz swoje wysiłki na reformie podatkowej.

Donald Trump zmierzy się z tym wyzwaniem bogatszy w doświadczenie, ale z reputacją „speca od dobijania targu” już mocno nadszarpniętą.

wyborcza.pl

Polacy o UE: Odrzucamy Polexit, dajemy Unii prawo do interwencji, ale euro przyjąć nie chcemy [Sondaż Kantar Public dla "Wyborczej"]

Agnieszka Kublik, 25 marca 2017

Unia Europejska

1 ZDJĘCIE

Unia Europejska (Fot. Jędrzej Wojnar / Agencja)

Polacy w ogromnej większości chcą być w Unii Europejskiej: 61 proc. z nas powiedziałoby „nie” w ewentualnym referendum dotyczącym Polexitu. Z drugiej strony nie ma wśród nas entuzjazmu dla przyjęcia euro.
Ankieterzy Kantar Public pytali Polaków o stosunek do Unii Europejskiej w czwartek, tuż przed 60. rocznicą podpisania Traktatów Rzymskich. 25 marca 1957 r. w Rzymie Francja, RFN, Włochy, Belgia, Holandia i Luksemburg podpisały dokumenty ustanawiające Europejską Wspólnotę Gospodarczą, poprzedniczkę UE (Polska weszła do Unii Europejskiej 1 maja 2004 r.).

Ta rocznica przypada w arcytrudnym do Europy momencie. Po raz pierwszy jedno z państw członkowskich opuszcza Unię. Co gorsza, Wielka Brytania, to państwo dla Zjednoczonej Europy fundamentalne, reprezentujące liberalne spojrzenie na Unię, a jednocześnie drugi co do wielkości płatnik do budżetu UE. Europa jest też miotana konfliktami wewnętrznymi (np. w sprawie kryzysu uchodźczego), poparcie dla integracji europejskiej spada niemal wszędzie w Unii.

Ten kontekst jest ważny, by analizować odpowiedzi w naszym sondażu.

Zadaliśmy badanym cztery pytania:

1. Jak nieudany sprzeciw polskiego rządu wobec wyboru Donalda Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej, wpłynął na pozycję Polski w UE?

2. Jak zagłosowałby Pani/Pani w referendum na temat wyjścia Polski z Unii Europejskiej:

3. Czy Unia Europejska powinna interweniować, gdy któryś z jej członków narusza obowiązujące na terenie UE normy prawne i zasady?

4. Kiedy, Pana(i) zdaniem, Polska powinna przyjąć euro?

Brukselski sprzeciw: sukces czy porażka?

Opinie ankietowanych na temat sprzeciwu rządu Szydło wobec wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję w Radzie Europejskiej są podzielone. 38 proc. badanych ocenia, że to, co się stało w Brukseli 9 marca, pogorszyło pozycję Polski w Unii, 32 proc. – że nic się nie zmieniło, a 9 proc. – że sytuacja międzynarodowa naszego kraju uległa poprawie. Aż co piąty badany ma mętlik w głowie i wybrał odpowiedź „trudno powiedzieć”.

Wśród wyborców PiS i tych, którzy w II turze wyborów prezydenckich w 2015 r. poparli Andrzeja Dudę, blisko połowa zaznaczyła odpowiedzi, że sytuacja Polski „pozostała bez zmian”. Aż 14 proc. wyborców Dudy i 19 proc. zwolenników PiS mówi o „poprawie”. Elektorat żadnej innej partii nie uwierzył tak licznie w to, że przegrana polskiego rządu może wzmocnić pozycję Polski. Nawet zwolennicy Kukiz’15

Co z tym Polexitem?

Co jeszcze wynika z sondażu „Wyborczej”? Polacy z Unii Europejskiej występować nie chcą. 61 proc. jest przeciwko, 9 proc. za, 23 proc. w ogóle nie wzięłoby udziału w referendum na ten temat. Kto chciałby, aby Polska poszła w ślady Wielkiej Brytanii? Mężczyźni dwa razy częściej niż kobiety, najmłodsi Polacy (18-24 lata), z wykształceniem podstawowym. Ale uwaga: nawet w tych grupach przeważają opinie za pozostaniem w UE.

Najwięcej zwolenników Polexitu jest wśród wyborców Kukiz’15 (aż 21 proc.) i PiS (11 proc.). Ale i tu taki pogląd jest w mniejszości. Wyborcy PO, Nowoczesnej i SLD niemal w 90 proc. są za pozostaniem w UE.

Czy entuzjazm wobec Unii Europejskiej słabnie? W czerwcu 2016 r., tuż po referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, również spytaliśmy o stosunek Polaków do Unii. Wtedy za pozostaniem we Wspólnocie opowiedziało się 81 proc. badanych, za opuszczeniem było 13 proc., a 6 proc. nie miało zdania. I wówczas najwięcej zwolenników wyjścia było wśród najmłodszych (18-29 lat) – co czwarty badany. To inaczej niż na Wyspach Brytyjskich, gdzie za Brexitem głosowali najczęściej najstarsi. Ale i w tej grupie większość młodych Polaków – 69 proc. – opowiadało się za pozostaniem w UE. Najwięcej zwolenników Polexitu było – jak i dziś – wśród wyborców PiS. Zwolennicy innych partii – PO, Nowoczesnej i SLD – niemal w 100 proc. opowiadali się za Polską w Unii.

Wtedy Brexit nie zmienił unijnych nastrojów Polaków. Byliśmy i jesteśmy w grupie największych euroentuzjastów. Bo aż 80 proc. badanych przez CBOS opowiada się za członkostwem w UE. Ale jak wynika z innych badań, to entuzjazm dość płytki.

Bo kiedy badacze pytają o konkretne kwestie, pojawia się mniej entuzjazmu. Polacy są przeciwko wspólnej polityce azylowej, relokacji uchodźców, polityce klimatycznej. 37 proc. uważa, że Polska lepiej poradziłaby sobie z wyzwaniami przyszłości, gdyby była poza UE. Niewiele więcej niż połowa ma przeciwne zdanie.

– Traktujemy Unię komercyjnie, jako instytucję, która daje możliwość pracy za granicą. I przekazuje nam fundusze – komentował kilka dni temu w „Wyborczej” Adam Balcer, kierownik projektu WiseEuropa, współautor raportu Fundacji Batorego o postawach Polaków wobec UE -. W znacznie mniejszym stopniu dla Polaków ważne są wartości, prawa człowieka, demokracja, rządy prawa. Jeżeli konfitury się zmniejszą – a to jest nieuniknione po wyjściu Wielkiej Brytanii, w nowej perspektywie finansowej oraz przy postępującej integracji strefy euro – atrakcyjność Unii będzie słabła.

Jego zdaniem „prawdopodobieństwo, że wyjdziemy z Unii, jest niewielkie, choć nie można oczywiście wykluczyć, że to się wydarzy” – Bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz samoizolacji. Skoro jesteśmy przeciw strefie euro, relokacji uchodźców, integracji wojskowej, to oznacza dystansowanie się od Europy. I rosnącą frustrację, bo proces integracji będzie przybierał na sile. Będzie się pogłębiała także fundamentalna różnica ws. wartości – wyjaśniał Adam Balcer.

Unijne interwencje? Są potrzebne

Zdecydowana większość badanych – 68 proc. – uważa, że Unia Europejska powinna interweniować, gdy któryś z jej członków narusza obowiązujące na terenie UE normy prawne i zasady. Przeciwne zdanie ma 20 proc., a 12 – nie ma zdania.

To znak, że większość prawdopodobnie akceptuje „interwencje” organów Unii w to, co się dzieje w Polsce. M.in. od stycznia 2016 r. Komisja Europejska prowadzi wobec naszego kraju procedurę w sprawie praworządności w związku z kryzysem wokół Trybunału Konstytucyjnego, jaki wywołał PiS. Wyborcy partii rządzącej to najliczniejsza grupa, która ocenia, że Unia w takich sytuacjach interweniować nie powinna (41 proc.)

Podobnie wygląda sytuacja wśród wyborców prezydenta Dudy (II tura) – 57 proc. twierdzi, że Unia powinna interweniować, a 34 – że nie.

Wyborcy PO, Nowoczesnej czy SLD w zdecydowanej większość opowiadają się za tym, by Unia pilnowała praworządności wśród swoich członków.

Co z euro? Trudno powiedzieć

Słowacja i kraje bałtyckie już są w strefie euro, Rumunia właśnie zdecydowała o podjęciu starań w sprawie wejścia do przedsionka eurolandu. Rząd PiS jest zdecydowanie przeciwny przyjęciu europejskiej waluty. – Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że szybciej opuścimy Unię Europejską, niż wejdziemy do strefy euro. Ten rząd nigdy takiej inicjatywy nie podejmie – mówił niedawno „Wyborczej” Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

– Zawsze uważałem, że powinniśmy przyjąć euro dopiero wtedy, kiedy polska gospodarka będzie zbliżona do gospodarek rozwiniętych, takich jak np. Niemcy. Ale jeżeli ma powstać Europa kilku prędkości, to nie pozostaje mi nic innego, jak zmienić zdanie – mówi „Wyborczej” Piotr Kuczyński, główny analityk domu inwestycyjnego Xelion.

Zapytaliśmy więc, kiedy Polska powinna przyjąć euro? 44 proc. badanych odparło, że nigdy. 42 proc. jest „za”, ale dopiero za kilka lat. 17 proc. ocenia, że Polska powinna przyjąć euro w ciągu 5 lat, 14 proc. – za ok. 6 do 10 lat, a 11 proc. – za więcej niż 10 lat. 14 proc. nie ma zdania. Przeciwko tej formie ściślejszej integracji z Unią najczęściej są wyborcy Kukiz’15 – aż 60 proc. w tej grupie, PiS – 51 proc. oraz Dudy – 59 proc. I tylko w tych grupach przeciwny euro są w większości.

Kantar Public o stosunek do euro pytało również w grudniu 2016 r. I wtedy Polacy mieli podobnie sceptyczny stosunek do europejskiej waluty: 45 proc. uznało, że Polska nigdy nie powinna wstępować do strefy euro.

Sondaż Kantar Public dla „Gazety Wyborczej” z 23 marca 2017 r., próba ogólnopolska, telefoniczna, reprezentatywna, 1000 dorosłych Polaków.

wyborcza.pl

Warunki premier Szydło wobec Unii zostały spełnione, zanim je postawiła

Tomasz Bielecki, Bruksela, 24 marca 2017

Premier Beata Szydło

1 ZDJĘCIE

Premier Beata Szydło (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Premier Beata Szydło w czwartek zasugerowała, że może nie poprzeć Deklaracji Rzymskiej. Dziś ogłosiła, że poprze. Trudno, żeby było inaczej, skoro projekt Deklaracji od dobrych paru dni spełnia wymogi Szydło. I nie będzie zmieniany.
Sobotni szczyt we włoskiej stolicy ma być świętowaniem 60. rocznicy traktatów rzymskich. Już w piątek wieczorem przywódcy 27 krajów Unii (już bez Brytyjczyków) zostaną przyjęci przez papieża Franciszka. W sobotę ma zostać podpisana Deklaracja Rzymska dotycząca przyszłości Unii.

W czwartek premier Szydło przedstawiła swoje cztery wymogi wobec niej. „Jedność Unii Europejskiej, obrona ścisłej współpracy z NATO, wzmocnienie roli parlamentów narodowych i wreszcie zasady wspólnego rynku, które mają nie dzielić, lecz łączyć. To są te cztery zasady, które dla Polski są priorytetowe” – mówiła w czwartek w TVN.

Ale do Brukseli nie dotarły żadne sygnały z Warszawy (prócz przeglądu polskich mediów), że Polska chce nowych zmian w tekście Deklaracji Rzymskiej. Jej projekt już spełnia warunki stawiane przez Szydło (o czym niżej). Dlatego w UE dominuje nadzieja, że publiczne ostrzeżenia polskiej premier są grą na użytek wewnętrzny, by rząd mógł w tę sobotę w Rzymie ogłosić sukces ciężkich negocjacji.

Z kolejnego, piątkowego wystąpienia premier tuż przed wyjazdem do Rzymu wynika, że ta nadzieja nie jest płonna.

– Deklaracja, która zostanie przyjęta na szczycie UE w Rzymie, nie jest ambitna na tyle, na ile oczekiwaliśmy, Europę stać na więcej, ale jest to dokument możliwy do przyjęcia przez wszystkie państwa w obecnej sytuacji politycznej – ogłosiła premier Beata Szydło. Jej zdaniem „Polska uważa, że UE, Europę stać na bardzo ambitne cele, które powinniśmy sobie stawiać wszyscy, żeby UE się rozwijała, miała przed sobą dobrą przyszłość. – Powinniśmy być odważni w podejmowanych decyzjach – przekonywała Szydło. W ostatni wtorek na projekt Deklaracji naniesiono poprawki po poniedziałkowym spotkaniu negocjatorów 27 krajów UE w Brukseli, a Polska dała wtedy zielone światło dla tekstu. Wiadomo było, także w Warszawie, że gdyby Szydło odmówiła poparcia dla Deklaracji, zostałoby to odnotowane na sobotnim szczycie w Rzymie. Tekst nie zostanie bowiem zmieniony – jest na to za późno, a w Rzymie nie zaplanowano sesji roboczych.

Zobacz: „Nie ma gwarancji, że nowy traktat będzie lepszy”. PiS robi w tył zwrot? Zobacz, jak Ryszardowi Czarneckiemu puściły nerwy

Tusk, Wyszehrad i Bałtowie – razem i skutecznie

Szydło mówiła w czwartek o niedawnej deklaracji warszawskiej Grupy Wyszehradzkiej. Choć zarysowane w tym tekście postulaty są ogólnikowe, to nacisk ze strony Wyszehradu bardzo pomógł we wprowadzeniu pewnych poprawek do Deklaracji Rzymskiej.

Zwłaszcza w jedynej naprawdę kontrowersyjnej – z punktu widzenia Polski – kwestii wielu prędkości UE, czyli grup krajów o różnym stopniu integracji wewnątrz UE. Pierwszą prędkością Unii jest już obecnie strefa euro, ale Polska obawia się zamykania się ekskluzywnych klubów na członków UE drugiej kategorii, zwłaszcza tych spoza Eurolandu. I obawia się odejścia od traktowania zróżnicowanego tempa integracji w Unii (pozwalają na nie traktaty) jako zła koniecznego do stałej normy w unijnej polityce.

W rozwadnianiu przesłania o wielu prędkościach współpracował Wyszehrad, kraje bałtyckie i szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Z powodzeniem – co znaczy, że pierwszy warunek Szydło („jedność UE”) został spełniony. Tekst projektu Deklaracji Rzymskiej głosi: „Będziemy działać – kiedy to potrzebne – z różnym tempem i intensywnością, ale idąc w tym samym kierunku. Jak robiliśmy to w przeszłości w zgodzie z traktatami. I trzymając drzwi otwarte dla tych, którzy chcą dołączyć potem”. A także podkreśla (to już było we wstępnych wersjach), że „nasza Unia jest niepodzielona i niepodzielna”.

Nikt (poza Trumpem) nie czepia się NATO

Drugi warunek, czyli „obrona współpracy z NATO”, jest wręcz sztuczny, bo w tej kwestii nie było kontrowersji podczas negocjacji Deklaracji Rzymskiej. Tekst głosi: „Unia zobowiązuje się do wzmacniania wspólnego bezpieczeństwa i obrony przy dbałości dla współpracy i swej komplementarności wobec NATO”.

Francuskie pomysły na konkurowanie przez Unię z NATO (a zatem z USA) w kwestiach bezpieczeństwa Europy wygasły kilkanaście lat temu. Teraz powtarzaną wszędzie w Unii zasadą jest „wzajemne uzupełnianie się” Unii i NATO czy też „europejskiego filara NATO”. I trzymanie kciuków, by prezydent Donald Trump zechciał „uzupełniać” Europejczyków w NATO.

„Czerwona kartka” – to możliwe

Warunek trzeci, czyli „wzmocnienie roli parlamentów narodowych”, został spełniony w projekcie Deklaracji Rzymskiej na tyle, na ile pozwalają warunki traktatu UE (Polska zrezygnowała z postulatu ich zmieniania w bliskiej przyszłości).

Pod wpływem Wyszehradu do tekstu dopisano: „Będziemy współpracować z naszymi parlamentami krajowymi”. To zapis nieco słabszy niż w deklaracji warszawskiej. Jednak może być podstawą do intensywniejszego wykorzystania – już istniejącego – mechanizmu konsultacji delegacji parlamentów krajowych w Brukseli. A być może i do odświeżenia dyskusji (już po Rzymie) o „czerwonej kartce” wynegocjowanej przed rokiem przez Davida Camerona przed brytyjskim referendum o członkostwie w UE (wygrana Brexitu unieważniła te ustalenia).

„Czerwona kartka” to było polityczne zobowiązanie krajów Unii, że w Radzie UE zablokują każdy projekt, jeśli 55 proc. parlamentów krajowych orzeknie, że łamie on zasadę pomocniczości. Ta traktatowa reguła oznacza, że Unia może wchodzić ze swym prawodawstwem tylko w te zagadnienia, w których kraje nie poradziłyby sobie bez pomocy Brukseli czy też koordynacji na ogólnounijnym poziomie.

Zasady wolnego rynku

To czwarty warunek Szydło. Ale przecież projekt Deklaracji zawiera zobowiązanie do budowy Europy socjalnej, czyli „opartej na zrównoważonym wzroście, promującej postęp gospodarczy i społeczny oraz spójność i konwergencję, przy uwzględnieniu różnorodności krajowych systemów i kluczowej roli partnerów społecznych oraz przy zachowaniu integralności rynku wewnętrznego”.

I ten wymóg Szydło jest zatem spełniony w Deklaracji Rzymskiej.

Rynek wewnętrzny to podstawa integracji europejskiej. Ale m.in. za sprawą kryzysu niektóre kraje Zachodu usiłują wprowadzać zakamuflowane bariery protekcjonistyczne – m.in. przez utrudnianie życia pracownikom delegowanym przez polskie firmy. Obawy rządu Szydło nie są zatem bezzasadne. A oczywiste i zupełnie niekontrowersyjne potwierdzenie na papierze w Rzymie „integralności rynku wewnętrznego” będzie zapewne podnoszone przez Polskę przy zwalczaniu tych protekcjonistycznych pomysłów.

wyborcza.pl

Frans Timmermans: Niektórzy mówią: „Ta podzielona Europa może nie była wcale taka zła”. Odpowiadam: „Wszyscy jesteśmy Europejczykami” [ROZMOWA]

Daniel Brössler, przeł. Ryszard Turczyn, 24 marca 2017

Frans Timmermans: Państwo narodowe od czasu pokoju westfalskiego jest celem samym w sobie. Nic się tutaj nie zmieni. Europy nie można zbudować kosztem państw narodowych, ale tylko z państwami narodowymi.

1 ZDJĘCIE

Frans Timmermans: Państwo narodowe od czasu pokoju westfalskiego jest celem samym w sobie. Nic się tutaj nie zmieni. Europy nie można zbudować kosztem państw narodowych, ale tylko z państwami narodowymi. (Fot. FANTHOMME Hubert/getty images)

Jeśli ludziom źle z Europą, to sięgają do tego, co sprawdzone w historii – do państwa narodowego, do nacjonalizmu. I to przez chwilę działa, jak alkohol. Wieczorem człowiek czuje się świetnie, a następnego dnia ma kaca. Rozmowa z Fransem Timmermansem, wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej [TYGODNIK EUROPEJSKI]

DANIEL BRÖSSLER: „My, Obywatelki i Obywatele Unii Europejskiej, jesteśmy na szczęście zjednoczeni”. Tak jest napisane w oświadczeniu berlińskim Unii z 2007 r. Dlaczego ludzie są dzisiaj tak bardzo nieszczęśliwi z Unią?

FRANS TIMMERMANS: Przez ostatnie dziesięć lat mieliśmy w zasadzie tylko kryzysy: gospodarczy, imigracyjny, terroryzm… Ktoś, kto miał wtedy 12 lat, ma teraz 22. Czego doświadczył przez te dziesięć lat? Europy, która ma problemy z globalizacją. Ludzie nie czują się chronieni. W Unii widzą raczej zagrożenie niż ochronę. Musimy zadać sobie pytanie, jak mogło do tego dojść. Zwyczajem narodowych polityków stało się narzekanie na Europę. Jeśli coś działa, to jest ich zasługą. Jeśli coś się nie udaje, winna jest Europa. To zaczyna przynosić rezultaty.

Ludzie czują się u siebie tylko w swoich narodowych państwach, a nie w Europie.

– Jeśli ludzie nie czują się chronieni przez Europę, to Europa staje się częścią problemu, a nie rozwiązania. A jeśli nie udaje się z Europą, ludzie sięgają do tego, co sprawdzało się w historii. A tym czymś było państwo narodowe. Wynaturzeniem tego poczucia staje się nacjonalizm. I to przez chwilę działa, tak jak w przypadku alkoholizmu. Wieczorem człowiek czuje się świetnie, a następnego dnia rano ma kaca.

W Niemczech często mówiło się dawniej o patriotyzmie konstytucjonalnym. Czy to jest jakiś model dla Europy?

– Nacjonalista nie jest patriotą. Dlaczego Władimir Putin to taki fan naszych nacjonalistów? Bo oni nas osłabiają. Prawdziwy patriota jest równocześnie Europejczykiem. W Europie wciąż mówi się o dużych i małych państwach członkowskich. To kompletna bzdura. W Unii są tylko małe państwa członkowskie i takie, które jeszcze nie pojęły, że są małe.

Frans Timmermans: Polacy, uratujcie nas. Znowu

Europie brakuje pozytywnych uczuć?

– Zgadza się. Tak bardzo baliśmy się bronić Europy całym sercem, że robiliśmy to tylko racjonalnie. Kiedy ludzie zaczynali mieć obawy, my pokazywaliśmy statystyki, że bezrobocie spada i mamy wzrost gospodarczy. Tego ludzie nie czują. Polityka nigdy nie dotyczy wczoraj ani dzisiaj, ona dotyczy jutra. To właśnie podoba mi się w Martinie Schulzu. On nie ma żadnych zahamowań, żeby wnieść do polityki emocje.

Czy istnienie Unii jest zagrożone?

– Już dwa lata temu powiedziałem w Holandii: „Słuchajcie, ludzie, to może się nie udać”. Teraz, kiedy wszyscy to mówią, ja jestem już bardziej optymistyczny. Młodzi ludzie mówią: „Nie lubimy instytucji, ale Europa to przestrzeń, w której żyjemy, podróżujemy i możemy się ze wszystkimi porozumieć naszą kulawą angielszczyzną”. Pochodzę z Limburgii przy granicy z Niemcami. Moi rodzice pobrali się w 1959 r. i pojechali w podróż poślubną do Amsterdamu. To było naprawdę coś. A moje dzieci latają sobie na weekend na imprezy do Rygi, Pragi czy Barcelony.

60 lat temu cel był jasny: zjednoczenie Europy. Czy dzisiaj potrzebujemy celu?

– Ależ oczywiście. Człowiek, który nie umie marzyć, umiera.

Co miałoby nim być?

– Jesteśmy w trakcie czwartej rewolucji przemysłowej, która przynosi przełom w gospodarce na całym świecie. Powstaje zatem pytanie, co jeszcze jesteśmy w stanie zorganizować na poziomie narodowym. Czy obieg gospodarczy działa w wymiarze narodowym? Czy jakieś państwo narodowe może się uniezależnić od paliw kopalnych? Czy zmiany klimatyczne da się zwalczyć w wymiarze państwa narodowego? Nie.

To prawda. Nie widzi pan jednak jakiegoś celu, np. europejskiego państwa federalnego?

– Przed 60 laty byliśmy społeczeństwem paternalistycznym i ideologicznym. Dzisiaj społeczeństwo jest postpaternalistyczne. Ludzie nie lubią, kiedy politycy im mówią, jak mają żyć. Młodzi są dzisiaj idealistyczni, ale nie ideologiczni. Do federalizmu jako celu ich nie przekonamy. To, czego nam potrzeba, to rozwiązanie kryzysu energetycznego, kryzysu środowiska i nierówności na świecie. Chodzi o instrumenty, które pozwolą nam żyć w pokoju, zapewnią postęp i pracę dla ludzi. Euro i rynek wewnętrzny to były nie cele, tylko instrumenty. Naszym celem są nasze wartości. To odróżnia Unię od państw, które ją stanowią. Państwo narodowe od czasu pokoju westfalskiego jest celem samym w sobie. Nic się tutaj nie zmieni. Europy nie można zbudować kosztem państw narodowych, ale tylko z państwami narodowymi.

Kiedy mówimy o Europie różnych prędkości, to czy nie zakłada to jakiegoś wspólnego celu, który każde z państw ma osiągnąć w różnym tempie?

– Jestem zaskoczony, że stało się to takim wielkim tematem. To przecież tylko metoda dokonywania postępu w Europie pozwalająca uniknąć sytuacji, w której tempo narzuca najwolniejsze państwo.

W „białej księdze” Komisja Europejska zaprezentowała pięć scenariuszy. Czy nie jest tak, że szefowie poszczególnych rządów od dawna mają już swój własny, mianowicie: dalej po staremu?

– Nie odnoszę takiego wrażenia. Chcieliśmy pokazać, na kim ciąży obowiązek. Bo nie tylko na nas, w Brukseli. Także na państwach członkowskich. Ta „biała księga” to zaproszenie do debaty, która musi się odbyć.

Czy Unia jest w stanie przeżyć każdy z tych scenariuszy? Na przykład ograniczenie wyłącznie do rynku wewnętrznego?

– Co my możemy jako Komisja? Nie możemy narzucić Europie żadnego modelu. Nikt by nas zresztą nie posłuchał. Jeśli państwa chciałyby takiego scenariusza – w co osobiście nie wierzę – to naszym obowiązkiem byłoby wskazać tego skutki. Kto nic nie robi, ten rdzewieje i w końcu się rozpada. Jeśli państwa będą tego chciały, to będziemy mogli powiedzieć, że ostrzegaliśmy.

Który ze scenariuszy jest pana ulubionym?

– Kombinacja „kto chce, robi więcej” oraz „zrobić o wiele więcej razem”. Ale to wyłącznie moje osobiste zdanie.

W oświadczeniu berlińskim jest mowa o dążeniu do demokracji i państwa prawa oraz do wzajemnego.

— .szacunku i tolerancji. Tylko co to ma wspólnego z rzeczywistością w niektórych częściach Unii?

Takie są nasze wartości. Zapisano je w artykule drugim traktatu unijnego. Rynek wewnętrzny, euro, fundusze strukturalne, swoboda podróżowania – to są instrumenty. Nie mają one w ogóle żadnego sensu, jeśli nie będziemy się trzymać wartości.

Viktor Orbán wychwala na Węgrzech homogeniczność etniczną. Jak to się ma do wartości Unii?

– Potrzebna jest nam szersza debata nie tylko z panem Orbánem, ale też z Jarosławem Kaczyńskim w Polsce. Należałoby im jasno uświadomić, że nasze wartości nie są dla ozdoby jak bukiet kwiatów. Jako Komisja nie możemy tutaj działać sami. Odpowiedzialność spoczywa także na państwach członkowskich. Ale nie może być też tak, że np. my jako Niemcy czy Holendrzy będziemy mówić pozostałym, jak ma być.

W swoim kraju obserwuję niesamowitą nostalgię za dawnym Zachodem. Niektórzy mówią: „Ta podzielona Europa może nie była wcale taka zła”. Moja odpowiedź brzmi: „Wszyscy jesteśmy Europejczykami. Nasz wspólny los polega na tym, że dzielimy ze sobą kontynent. Naszym losem było wcześniej to, że ciągle prowadziliśmy ze sobą wojny. Naszym najważniejszym zadaniem jest dbać o to, aby nigdy więcej się to nie powtórzyło. Ale do tego potrzebny jest dialog także na temat wartości”.

Życzyłby pan sobie zatem większego poparcia w sporze Komisji Europejskiej z Polską na temat Trybunału Konstytucyjnego?

– Jeśli okaże się to konieczne, wykorzystamy instrumenty, jakie mamy do dyspozycji. Nie mogę jednak podjąć dalszych kroków bez akceptacji państw członkowskich. W tym celu potrzebuję poparcia Rady Europejskiej.

Chciałby pan, aby kwestia sytuacji w Polsce stanęła w Radzie na porządku dziennym obrad rządów?

– Tak, dotyczy to w ogólności tematu państwa prawa. Ale kiedy pojawiają się konkretne problemy, trzeba też bardzo konkretnie rozmawiać.

Frans Timmermans nie odpuszcza polskiemu rządowi w sprawie TK

Czy może się zdarzyć, że pewnego dnia jakiś kraj nie wystąpi sam z Unii jak Wielka Brytania, tylko zostanie z niej wykluczony, ponieważ zabraknie wspólnych wartości?

– Ja zawsze chcę rozmawiać o tym, co się dzieje w społeczeństwie. Weźmy np. Polskę. Ideę przynależności do Unii nadal popiera prawie 80 proc. Polaków – nie tylko ze względu na swobodę podróży czy fundusze strukturalne, ale też dlatego, że Polacy są częścią naszego wspólnego europejskiego społeczeństwa i wyznają te same wartości. To prawda, że jesteśmy w sporze z obecnym polskim rządem. Nie ma jednak żadnych kontrowersji między nami a krajem o nazwie Polska.

Gdzie jeszcze są partnerzy, jeśli chodzi o europejskie wartości? W Ameryce rządzonej przez prezydenta Donalda Trumpa?

– Wybory w USA zostały rozstrzygnięte bardzo niewielką większością. Jeśli chodzi o wartości, to w skali światowej różnice między nami a USA nie są wielkie. Jeden człowiek nie może decydować o tym, czy będziemy razem, czy też nie. Amerykanie przecież nie zwariowali, nadal są Amerykanami. Wszystko zależy teraz od tego, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja w USA. Amerykanie sami dokonują wyborów, ale my jako partnerzy możemy na nie wpływać.

Niektórzy określają Unię Europejską mianem światowego mocarstwa. Czy naprawdę nim jest albo powinna być?

– To kwestia postrzegania Unii. Determinują ją historia i oczekiwania ludzi. W tym sensie praktycznie nikt nie nazwałby jej światowym mocarstwem. Ale co znaczy to pojęcie? Co mi to da, jeśli powiem: jesteśmy światowym mocarstwem?

Może to, że będziemy mogli przeforsować własne interesy?

– No właśnie. Tyle że w tym celu wcale nie musimy twierdzić, że jesteśmy światowym mocarstwem. Do tego potrzebujemy jedności.

Skoro już mowa o jedności, to czy Brexit zachwieje Unią? Niemcy staną się za mocne? A może cała Unia okaże się zbyt przesunięta na południe?

– O nas, Holendrach, zawsze się mówiło, że jesteśmy europejskimi federalistami. Tymczasem nigdy nie byliśmy. Holendrzy są w zasadzie bardzo powściągliwi, jeśli chodzi o Europę kontynentalną. Naszym strategicznym celem od lat 50. zawsze było przyciągnięcie Brytyjczyków. Dla nas sytuacja zmienia się diametralnie. Ale nie tylko dla nas. Mamy teraz ruchy tektoniczne. A kiedy pojawiają się ruchy tektoniczne, to nie da się uniknąć paru trzęsień ziemi. Zawsze tak było.

 

wyborcza.pl

 

[Polska w UE] Rozkapryszone dziecko

25.03.2017

Z Anną Materską-Sosnowską rozmawia Jakub Bodziony

Unia prędzej się rozpadnie, niż będzie trwała w obecnym kształcie. To ostatni dzwonek do redefinicji celów Wspólnoty.

Jakub Bodziony: Co według pani oznacza termin „Europa wielu prędkości”?

Anna Materska-Sosnowska: To nie jest nowe pojęcie. Różne kręgi integracji w Europie istnieją od dawna, państwa współpracują ze sobą w ramach strefy euro czy w formatach takich jak Grupa Wyszehradzka. To, o czym obecnie mówi się tak głośno, jest jedynie pogłębieniem istniejącego stanu rzeczy.

„Wiele prędkości” sugeruje, że pomimo różnego stopnia integracji i różnego jej tempa, wszystkie państwa dążą do osiągnięcia jednego celu. Czy tak rzeczywiście jest?

Unia nie jest tylko klubem dżentelmenów, oprócz wartości posiada również cele gospodarcze, polityczne i społeczne, które różnią się w zależności od perspektywy danego państwa. Uważam, że utrzymanie status quo jest niemożliwe i Unia prędzej się rozpadnie, niż będzie trwała w obecnym kształcie. To ostatni dzwonek do redefinicji celów Wspólnoty.

Dla Prawa i Sprawiedliwości te cele to powrót do „prawdziwej Europy” lub „Europy ojczyzn”. Co to znaczy?

Daleko posuniętą indywidualizację i degradację tego, co wspólne. Wzrost roli interesu narodowego, potencjalnie również wzrost roli nacjonalizmów, który może być szczególnie groźny dla Polski.

Jedna z wizji Europy według kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości, bo nawet nie według rządu, właśnie poniosła spektakularną porażkę, co powinno skłonić rządzących do przemyśleń.

To oznacza, że istnieje rozdźwięk pomiędzy europejską wizją rządu i PiS-u?

Zasadniczy. Jacek Saryusz-Wolski był de facto kandydatem PiS-u, bo to zarząd tej partii podjął taką decyzję, a nie rząd jako taki.

Ale to Beata Szydło i Witold Waszczykowski promowali tę kandydaturę w Brukseli.

Trudno, żeby było inaczej, to było spotkanie premierów, a nie przewodniczących partii. Nie wiem, jaka jest wizja rządu. Teraz możemy mówić jedynie o wykładni Europy według Jarosława Kaczyńskiego.

Polityka, zwłaszcza zagraniczna, nie polega na waleniu pięścią w stół. Jeśli chcemy uprawiać dyplomację, szukajmy sojuszników do poparcia naszej wizji.

Anna Materska-Sosnowska

Strona rządowa zgodnie podaje, że partia realizuje podmiotową politykę, która polega m.in. na „odzyskiwaniu suwerenności”, „wstawaniu z kolan”, „odzyskiwaniu godności”.

Zgoda, tylko co z tego wynika? Polityka, zwłaszcza zagraniczna, nie polega na waleniu pięścią w stół. Jeśli chcemy uprawiać dyplomację, szukajmy sojuszników do poparcia naszej wizji. Polityka nie polega na konfrontacji, tylko na szukaniu kompromisów. Zwłaszcza w takiej wspólnocie, jaką jest UE, ten kompromis musi być wypracowywany przez bardzo wiele stron i często jest trudny. Sposób, w jaki to zostało przeprowadzone, obnaża nie tylko polską ignorancję dyplomatyczną, lecz także naiwność rządzących.

Jakiś czas temu prezes Kaczyński zapowiedział, że zna prawnika, który jest w stanie w kilka tygodni napisać nową konstytucję dla Europy, ale żadnej wizji nie przedstawił. Podobno Angela Merkel podczas wizyty w Warszawie zadeklarowała zacieśnienie współpracy pomiędzy niektórymi krajami Europy i pozostawiła dla Polski tę kwestię otwartą. Nas jednak nie interesuje pogłębianie integracji europejskiej, ale trwanie w tym, co jest, nawet jeśli to droga donikąd.

Mówiła pani, że niemożliwe jest utrzymanie status quo.

Tak i to tylko podkreśla nasze osamotnienie w Europie. Głosowanie w sprawie Donalda Tuska pokazało, że nawet państwa Grupy Wyszehradzkiej zaprotestowały przeciwko metodom uprawienia polskiej polityki zagranicznej. To ma być wizja?

Minister Waszczykowski stwierdził, że „musimy drastycznie obniżyć poziom zaufania wobec UE. Zacząć prowadzić politykę negatywną”.

Minister Waszczykowski wypowiedział te słowa przedwcześnie, ale obawiam się, że to będzie realizowane, bez względu na fatalne konsekwencje dla Polski. Trzeba powiedzieć sobie jasno: bez Unii znikniemy, dzisiejszy świat nie jest światem małych państw narodowych.

W wywiadzie dla Onetu prezes Kaczyński powiedział, że reelekcja Donalda Tuska może być obciążająca na rynku wewnętrznym, ale w rachunku międzynarodowym to działanie przyniosło same korzyści. Czy pani widzi jakiekolwiek z nich?

Korzyścią jest to, że umocniono pozycję Tuska na tyle, że został wybrany przy braku poparcia rządu własnego państwa.

Każdy, kto obserwował tę sytuację, włącznie z ceremonialnym powitaniem Beaty Szydło przez partyjnych oficjeli na Okęciu, widział jej absurd. To nie była tylko przegrana bitwa, ale całkowicie spartolona robota dyplomatyczna. Bardzo ostre słowa pod adresem Niemców czy Donalda Tuska i jego przyjaciół, wypowiadane przez przedstawicieli partii rządzącej, tylko utwierdzają ten negatywny wizerunek.

Czy w związku z rozdźwiękiem pomiędzy PiS-em a całą resztą europejskiej i krajowej sceny politycznej uważa pani, że interes partyjny rządzących pokrywa się z państwowym?

Nie, ponieważ w naszym interesie jest jak najsilniejsza Unia, a to nie jest w pełni zgodne z interesem partii. PiS głosi hasła bardziej narodowe, podobne do pomysłów Davida Camerona, który chciał sprowadzenia Unii do roli wspólnoty ekonomicznej. W naszym interesie jest zacieśnianie współpracy, chociażby ze względów bezpieczeństwa, rozwoju gospodarczego i swobodnego przepływu ludzi i usług. Ale interes partyjny przeważa, bo tego oczekuje elektorat PiS-u. Unia Europejska jest dobra, gdy daje, a nie, gdy wymaga.

Według badań CBOS 52 proc. Polaków popierało kandydaturę Donalda Tuska, w tym co piąty wyborca PiS-u [http://wyborcza.pl/7,75398,21437786,cbos-polacy-chca-tuska-na-czele-rady-europejskiej.html]

To jest zupełnie inna sprawa, warto zwrócić uwagę na to, jak negatywnie zostało ocenione „wtrącanie się” Europy w sprawy Trybunału czy działalność Komisji Weneckiej. Jeżeli będzie realizowany plan, o którym mówił Witold Waszczykowski, to narracja antyunijna zostanie zaakceptowana przez elektorat PiS-u.

Wśród Polaków bardzo duża grupa respondentów popiera Unię Europejską i jej politykę, ale niepokojące są wyniki w najmłodszych grupach wiekowych. W kategorii do 24. roku życia postrzeganie Unii Europejskiej jest znacznie gorsze niż w pozostałych. W tej młodej grupie jest najwięcej eurosceptyków, ponieważ Unia sama w sobie nie stanowi dla nich wartości. Oni nie pamiętają życia bez UE, nie mają żadnego porównania, więc krytykują to, co znają.

Bez Unii znikniemy, dzisiejszy świat nie jest światem małych państw narodowych.

Anna Materska-Sosnowska

Czy ten brak poszanowania dla instytucji i polityki unijnej nie jest skutkiem zaniedbań poprzedniego rządu, który skupił się na wielkich projektach infrastrukturalnych, a nie edukacji obywatelskiej?

Nie zgadzam się. Europejska Stolicy Kultury, obchody Dni Europy, rosnąca skala programu Erasmus to sztandarowe projekty edukacyjno-obywatelskie. Zapóźnienia infrastrukturalne były ogromne i unijną pomoc w ich niwelowaniu docenia prawie każda grupa wiekowa. Mam wrażenie, że te osiągnięcia europejskiej integracji są aktualnie dla nas tak oczywiste i naturalne, że trudno nam sobie wyobrazić funkcjonowanie bez nich. Nasze poparcie dla Unii jest wyższe niż w innych państwach regionu, zmieniło się na korzyść nawet wśród rolników, czyli grupy najbardziej przeciwnej akcesji Polski do UE.

Pojawiają się również zdania, że działanie PiS-u było obliczone na następne wybory prezydenckie. Chodziło o wzmocnienie argumentacji, że Donald Tusk to „niemiecki” kandydat, dlatego nie powinien zostać wybrany na najwyższy urząd w państwie.

Do wyborów pozostało jeszcze stosunkowo dużo czasu, ale jestem sobie w stanie wyobrazić ciąg dalszy narracji, która wypływa z głębokiego uczucia, jakim jest nienawiść.

Po szczycie w Brukseli ze strony polskiej opozycji pojawiły się głosy, że to początek drogi do Polexitu. Były ambasador RP w Waszyngtonie Ryszard Schnepf stwierdził, że do 2020 r. Polska będzie poza Unią. Tym zarzutom stanowczo zaprzecza kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości. Czy według pani taka możliwość jest realna?

Oczywiście, że głównym celem PiS-u nie jest wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej. Ale jeżeli dalej będzie rozwijana retoryka antyunijna, która ma na celu osłabienie autorytetu Unii Europejskiej i państw członkowskich, tak by odebrać im mandat do ingerowania w polskie sprawy, to Unia się od nas odwróci. Nie sądzę, żeby to nastąpiło w tak krótkiej perspektywie, ale obecny model działania zmierza w tym kierunku. Rok 2020 jest szczególnie ważny, bo do tego czasu zagwarantowane są przyznane Polsce fundusze europejskie. Wyobrażam sobie polityków różnej maści, którzy będą zabiegali o nowe fundusze i jednocześnie wzbraniali się przeciwko dokładaniu do wspólnego budżetu. Obawiam się, że powoli stajemy się unijnym enfant terrible.

Taką rolę przez ostatnie lata pełniły Węgry.

Teraz przestały. Orbán potrafił grać na trzech różnych fortepianach: wewnętrznym, unijnym i rosyjskim jednocześnie. Premier Węgier zna języki, bryluje na salonach, prowadzi ciągłe rozmowy – uprawia czynną politykę. On dystansuje się od europejskich populistów, a my zbieramy ich poparcie. Polityka Orbána jest bardzo specyficzna, ale jest rzetelnie prowadzona.

Warto zwrócić uwagę na to, że państwo nie musi zostać wykluczone ze Wspólnoty w sposób formalny i ostentacyjny. Doskonale pokazali to Brytyjczycy, którzy krytykowali, podważali i negowali politykę Unii Europejskiej. Cameron nie chciał wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, ale tak manipulował nastrojami społecznymi, że obróciło się to przeciwko niemu. Problem polega właśnie na zmianie myślenia o Unii Europejskiej, na które mają wpływ rządzący.

Czy europejska polityka rządu Prawa i Sprawiedliwości może stać się zakładnikiem krajowej retoryki?

Tego się obawiam. Bardzo dużo jest przykładów, w których dawne słowa samego Jarosława Kaczyńskiego obracają się dzisiaj przeciwko niemu. Chociażby kwestia „donoszenia za granicę”, o które oskarża się dzisiaj opozycję. Przecież wielokrotnie to samo robili przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości, kiedy zasiadali w ławach opozycyjnych.

Czy opozycji uda się trwale wykorzystać osłabienie PiS-u, związane z porażką w Brukseli?

Opublikowany przez Ryszarda Petru list na pewno był potrzebny, ale powinien on jednoczyć opozycję, a nie jedynie budować pozycję lidera Nowoczesnej. PO złożyła wniosek o konstruktywne wotum nieufności, co ma wymusić parlamentarną debatę na temat polskiej polityki zagranicznej. PiS ruszył do kontrofensywy medialnej i politycznej, starając się przykryć blamaż, w wyniku którego szef MSZ-u powinien stracić stanowisko.

Potrzeba zebrania jak najszerszego gremium, również pozaparlamentarnego, tak by te działania miały odpowiedni wydźwięk. PiS cofa się przed zjednoczoną siłą polityczną i społeczną, a pewne posunięcia w polityce zagranicznej są absolutnie niewytłumaczalne, nawet dla własnego elektoratu. Opozycja dostała prezent i powinna to wykorzystać.

 

Kultura Liberalna

 

Co premier Szydło chciała osiągnąć, grożąc, że nie podpisze Deklaracji Rzymskiej?
Krajobraz z broszką
Pani premier Szydło nie jest Żelazną Damą europejskiej polityki i nigdy nią nie będzie.

Co chciała osiągnąć pani premier Beata Szydło, grożąc buńczucznie, że nie podpisze Deklaracji Rzymskiej na święto 60. urodzin Unii, jeśli nie będą uwzględnione polskie żądania? Zwłaszcza że tekst dokumentu był negocjowany od tygodni i polscy negocjatorzy przyjęli i zaakceptowali go już wiele dni temu. Premier musiała o tym wiedzieć. Dziennikarze szybko dotarli do dokumentu i poznali szczegóły, zawierał wszystko, o co obiecywała dzielnie walczyć.

Co się takiego wydarzyło, że dziś, przed wylotem do Rzymu, z równie jasnym czołem premier Szydło oświadczyła, że jednak dokument podpisze? Choć żadnych zmian do niego nie wprowadzono. To taktyka, przewidziana na potrzeby wewnętrzne, krajowe czy kreowanie się na najsilniejszą osobowość europejskiej polityki.

Szydło zazdrości władzy Kaczyńskiemu

Czy szło o pokazanie pisowskiemu elektoratowi, że jest twardą negocjatorką, o zatarcie przykrego wspomnienia po słynnej już porażce 27 do 1?

A może chodziło o wyprowadzenie z równowagi opozycji, która oczywiście natychmiast zareagowała na wyznanie premier Szydło? O budowanie dramatycznego napięcia, podkręcanie niepewności? Może chodziło o uszczypnięcie Donalda Tuska, który nie ma już prawa identyfikowania się z polską flagą, ale wciąż jest Polakiem i brak polskiego podpisu w Rzymie byłby z pewnością dla niego kłopotliwym zdarzeniem?

A może zabiegała pani premier o zepsucie atmosfery uroczystości. Bo Unia ją irytuje i wciąż nie może pojąć, na czym polega Wspólnota.

Unia pewnie ma wady, ale jej idea dała powojennym pokoleniom prawdziwe, największe szczęście życia i rozwijania się w pokoju, bez obawy, że znów przyjdzie ginąć na frontach wojny i umierać bez sensu. Już samo to wystarczy, by świętować sukces i cieszyć się z powodzenia projektu europejskiego, a także modlić o jego dalsze powodzenie (Jan Paweł II zapewne wspiera Europę z całych sił swej świętości).

Może wreszcie pani premier pozazdrościła Jarosławowi Kaczyńskiemu londyńskiej wizyty i też chciała się znaleźć na pierwszych stronach gazet, w centrum zainteresowania? Jeśli tak, to się akurat udało. Wszystkie ważne europejskie gazety napisały o Polsce, nazywając zapowiedź protestu niezrozumiałym zachowaniem dziecka w piaskownicy, obwiniając Warszawę o brak solidarności, egoizm, przysparzanie kłopotów Europie, wytykając przywary, jakich przecież nam nie brakuje.

Pani premier Szydło nie jest Żelazną Damą europejskiej polityki i nigdy nią nie będzie. Choćby nie wiadomo jak i czym próbowała szantażować Brukselę. Ale jeśli chce być witana z uśmieszkiem politowania, traktowana na politycznych salonach jak histeryczna kobieta z notoryczną skłonnością do zmiennych nastrojów, w żakiecie z broszką – to niech to robi na własny koszt. Nie na koszt większości Polaków, którzy Unię Europejską szanują i cenią sobie polską obecność w gronie europejskich państw.

Rząd PiS, aby uniknąć porażki #27do1, stawia warunki, które już są spełnione… i ogłasza sukces dyplomacji :) #WarunkiSzydło #MnieŚmieszy

polityka.pl

Mielizna premier Szydło. W jej przemówieniach pobrzmiewa ton Polexitu
Wbrew zapewnieniom premier Szydło jej wypowiedzi są wyrazem niechęci do Unii realnej i pobrzmiewa w nim ton Polexitu. Z takim przesłaniem pani Szydło pojechała do Rzymu.

Telewizyjne przemówienie premier Szydło pokazuje zaniepokojenie obozu obecnej pisowskiej władzy. Nie tylko spadkiem poparcia sondażowego, także fatalnymi konsekwencjami pisowskiej polityki antyeuropejskiej. Źle napisane i wygłoszone „orędzie” ma uspokoić tę część pisowskiego elektoratu, która zaczyna się denerwować na tle tej polityki, bo jej egzystencjalne interesy polegają na uczestnictwie Polski w UE.

Wątpliwe, czy treść i ton przemówienia Szydło te obawy rozwieją. Raczej przeciwnie: jest kolejnym przykładem odcinania się PiS od Unii, jaka jest, na rzecz Unii, jaka istnieje tylko w pobożnych życzeniach eurosceptyków.

Że Unia przeżywa kłopoty, wszyscy wiemy. Sęk w tym, jak możemy jej pomóc, jeśli wciąż chcemy w niej być. Uczciwie mówił o tym szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Jego biała księga na temat przyszłości UE wylicza różne scenariusze. Najbardziej prawdopodobny zakłada, że dalsza integracja będzie bardziej elastyczna. Wszyscy członkowie Unii mogą w niej uczestniczyć, ale nie muszą. Kto nie chce, może nie chcieć, lecz musi się liczyć z konsekwencjami dobrowolnej samoizolacji od głównego nurtu, który wyznaczają nie eurosceptycy czy euroentuzjaści, lecz eurorealiści.

Szydło zbyt nostalgiczna w sprawie Unii

Powrót do Unii sprzed Traktatu z Maastricht jest w ich ocenie niemożliwy i niepożądany w obecnym globalnym świecie. Szydło jest w tym sensie „euronostalgiczką”, której sentymenty mogą poruszyć tylko innych nostalgików, lecz nie będą wzięte pod uwagę przez unijnych strategów. Tych faktów nie da się zneutralizować chrześcijańską retoryką i wytykami pod adresem „mielizny”.

Efekt będzie taki, że w Brukseli utwierdzi się przekonanie, że to raczej Polska pod rządami PiS osiadła politycznie na mieliźnie, skąd wysyła w butelce swoje SOS pod tytułem „Deklaracja Warszawska”. Tę butelkę może wyłowić ten czy ów eurosceptyczny polityk, ale Unia nie tego od Polski oczekuje.

Postulaty zgłoszone przez rząd pisowski pod adresem omówiłem wcześniej w felietonie o „unijnych nonsensach premier Szydło”. Wbrew jej zapewnieniom są wyrazem niechęci do Unii realnej i pobrzmiewa w nich ton Polexitu. Z takim przesłaniem pani Szydło pojechała do Rzymu na obchody 60-lecia najbardziej ambitnego projektu w historii nowożytnej cywilizacji zachodniej.

polityka.pl

„W minutę”: 24 marca 2017 r.

Milena Kruszniewska; montaż: Katarzyna Dworak, 24.03.2017

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21544780,video.html?embed=0&autoplay=1

‚W minutę’

 

Prof. Andrzej Friszke: Język PiS to język Gomułki

MARZEC 25, 2017, JUSTYNA KOĆ

Można by pisać prace naukowe o zbieżności języka PiS-u z językiem Gomułki. Tam jest mnóstwo podobieństw. Retoryka antyniemiecka jest w istocie antyzachodnia. W skrócie to skupienie na „ludzie” – nie ma obywateli, są Polacy, naród, narodowe itd. Mówi się: „suweren” to my, zatem partia to naród. Opozycja to „siły zewnętrzne”. To wszystko są klisze dla kogoś, kto ma wyczulony słuch. To kalki propagandy komunistycznej. Dzisiaj Kościół wobec tej propagandy całkowicie zawodzi. Powiem nawet bardzo ostrymi słowami: Kościół zdradził sam siebie. Zdradził najważniejsze idee Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego. Popadł w tępy nacjonalizm – mówi nam prof. Andrzej Friszke, historyk, członek Rady IPN

Justyna Koć:  W niedawnym wywiadzie dla jednego z prawicowych tygodników Jarosław Kaczyński winą za Brexit obarcza Angelę Merkel, mówi też, że premier Szydło na szczycie Unii postawiła się Niemcom, a Donald Tusk był kandydatem Niemiec. Czy wracają do Polski antyniemieckie nastroje?

Prof. Andrzej Friszke: Tak, a nawet jest jeszcze gorzej. Nawet w tych przykładach, które pani podała, jest zawarte myślenie, że zachodnia Europa równa się Niemcy. Tego wcześniej nie było. Zawsze była jeszcze Francja, Włochy, państwa skandynawskie. PiS nie robi takich rozróżnień, Unia to Niemcy. I próbują takie myślenie wepchnąć w głowę swoim zwolennikom.

Nawet ostatnia decyzja o Europie dwóch prędkości według Jarosława Kaczyńskiego to wina Niemiec i Angeli Merkel, a przecież na rozmowach w Wersalu, gdzie zapadła ta decyzja, byli też prezydent Francji, premier Hiszpanii i Włoch.

To redukcja robiona po to, żeby powiedzieć, że Niemcy to Unia. Co prowadzi do widzenia na Zachodzie tylko dwóch realnych sił – Niemiec i Stanów Zjednoczonych, no i do pewnego stopnia Wielkiej Brytanii.

Jest zakorzenione bardzo mocno w polskiej tradycji politycznej, zwłaszcza endeckiej, że wrogiem Polski są Niemcy – to zasadniczy, główny wróg, dominujący nad nami cywilizacyjnie, a przez to bardzo groźny.

Myśli pan, że to początek polityki, o której mówił minister Waszczykowski, że czas na negatywną politykę względem Unii?

Może tak być, wiemy, że polityka ministra Waszczykowskiego to polityka PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego.

A dlaczego Niemiec to ten zły?

Jest zakorzenione bardzo mocno w polskiej tradycji politycznej, zwłaszcza endeckiej, że wrogiem Polski są Niemcy – to zasadniczy, główny wróg, dominujący nad nami cywilizacyjnie, a przez to bardzo groźny. Taka była narracja narodowej demokracji, która się ciągnęła od początku XX w. przez dziesięciolecia i dowodem jej prawdziwości były tragiczne zbiorowe doświadczenia II wojny światowej. Dla ludzi myślących tymi kliszami  wojna, okupacja i zbrodnie hitleryzmu to nie było coś „wyjątkowego”, zawinionego przez ideologię, tylko konsekwencja tego, czym Niemcy są. Była nawet taka książka, popularna wówczas, „Polska-Niemcy. Dziesięć wieków zmagania” napisana przez historyka Zygmunta Wojciechowskiego.

Do tego mniemania o odwiecznym niemieckim wrogu odwoływała się propaganda komunistyczna, widząc – słusznie zresztą – że takie przekonanie prowadzi do uznania za konieczność oparcia Polski o Związek Radziecki – alternatywy nie ma. Jeżeli Niemcy są i będą zawsze groźne, a zarazem w świecie podzielonym na bloki są forpocztą Zachodu – długo się mówiło, że Niemcy to forpoczta imperializmu amerykańskiego wobec nas – to logiczną konsekwencją jest szukanie oparcia o Wielkiego Brata ze wschodu. Tę narrację propaganda komunistyczna upowszechniała konsekwentnie do roku 1970. Oczywiście w tym mieścił się problem Ziem Zachodnich, które Polska otrzymała w 1945 r. i trzeba powiedzieć, że to nie było do końca wydumane, bo Ziemie Zachodnie do 1970 roku nie były uznawane przez państwa NATO za trwale należące do państwa polskiego.

Jeszcze raz podkreślę, że retoryka antyniemiecka jest w istocie antyzachodnia. Bo także Francja nas chciała oszukać z helikopterami, a potem sprzedać za złotówkę Rosji okręty. Francja jest zależna od Niemiec. To antyzachodnia propaganda na skalę, jakiej w Polsce nie było od czasów Gomułki. A nawet gorzej, bo Francję wtedy poważano.

Dopiero w 1970 roku podpisany został układ PRL-RFN, układ, który uznawał Ziemie Zachodnie – dawne niemieckie – za polskie. Wtedy polityka antyniemiecka zelżała?

I to znacznie zelżała. W epoce Gierka nie można mówić o polityce antyniemieckiej. Były jej elementy, bo część aparatu władzy, ta część niezwykle dogmatyczna, czasem próbowała sprzedawać wątki antyniemieckie. Lata 70. to jednak epoka przyjaźni Gierka z kanclerzem Schmidtem. Polska otrzymała ogromną pomoc gospodarczą z Niemiec, i te wątki antyniemieckie wyciszono.

W okresie stanu wojennego też nie były eksponowane. Wtedy nie Niemcy były głównym wrogiem Polski i sojusznikiem „Solidarności”, tylko Reagan i Stany Zjednoczone. Niemcy mieściły się wówczas po „dobrej stronie” jako przeciwnik ostrych podziałów Wschód-Zachód. Oczywiście dużą rolę odgrywały względy gospodarcze. Polska była bardzo zadłużona w Niemczech i musiała mieć pozytywne relacje z rządem niemieckim, by uzyskiwać prolongatę w spłacaniu długów. Dla społeczeństwa natomiast znaczenie pozytywne miała ogromna pomoc humanitarna, żywnościowa, idąca do zwykłych Polaków głównie za pośrednictwem kościołów.

Idąc dalej: pogarda dla autonomii i niezależności ludzi kultury, czyli „salonu” oderwanego od ludu i jego potrzeb, pogarda dla kultury wysokiej, eksperymentu w sztuce, dla nowinek płynących z Zachodu. Kult prostego człowieka, który „babę ma pod butem, dzieci też, i nikt mu tu nie będzie gadał”. To wszystko wzory kulturowe popularyzowane w czasach gomułkowskich.

A jak pan patrzy na obecną politykę rządu PiS, na okładki prawicowych, prorządowych gazet, gdzie Donald Tusk przemalowany jest na Niemca w mundurze z II wojny światowej, to nie przypomina to panu czasów Gomułki?

Zdecydowanie! Tam jest dużo zapożyczeń i wiele ich przykładów. Uważam wręcz, że można by pisać prace naukowe o zbieżności języka PiS-u z językiem Gomułki. Tam jest mnóstwo podobieństw. Jeszcze raz podkreślę, że retoryka antyniemiecka jest w istocie antyzachodnia. Bo także Francja nas chciała oszukać z helikopterami, a potem sprzedać za złotówkę Rosji okręty. Francja jest zależna od Niemiec. To antyzachodnia propaganda na skalę, jakiej w Polsce nie było od czasów Gomułki. A nawet gorzej, bo Francję wtedy poważano.

Powiedział pan, że jest wiele zapożyczeń i przykładów. Jakich?

Długo można by się rozwodzić nad podobieństwem propagandy dziś i czasów Gomułki. W skrócie to skupienie na „ludzie” – nie ma obywateli, są Polacy, naród, narodowe itd. Mówi się: „suweren” to my, zatem partia to naród. Opozycja to „siły zewnętrzne”. To wszystko są klisze dla kogoś, kto ma wyczulony słuch. To kalki propagandy komunistycznej, zwłaszcza z czasów Gomułki. Kult partyzantów, jeden rodzaj patriotyzmu utożsamiany z partyzantami z lasów. To przecież odwołanie do schematu moczarowskiej wizji patriotyzmu. Idąc dalej: pogarda dla autonomii i niezależności ludzi kultury, czyli „salonu” oderwanego od ludu i jego potrzeb, pogarda dla kultury wysokiej, eksperymentu w sztuce, dla nowinek płynących z Zachodu. Kult prostego człowieka, który „babę ma pod butem, dzieci też, i nikt mu tu nie będzie gadał”. To wszystko wzory kulturowe popularyzowane w czasach gomułkowskich.

Natomiast w przypadku Kaczyńskiego i PiS-u – nie ma nic istotnego do załatwienia z Niemcami. Jest tylko ideologia i wyobrażenia, mity. W związku z tym nie sądzę, żeby nastąpiła korekta, chyba że koszty tej polityki będą tak wielkie, że zmuszą Kaczyńskiego i PiS do zmiany retoryki, bo to retoryka cyniczna.

Co musi się stać, aby PiS zrezygnował z tej antyniemieckiej retoryki? Widzi pan szanse na jakiś relatywizm poglądów?

Niestety nie. Polityka Gomułki miała aspekt racjonalny – wymuszanie uznania Ziem Zachodnich, i w jakimś sensie pragmatyczny – miała Polskę wiązać ze Związkiem Radzieckim jako jedynym realnym sojusznikiem. Gomułka miał do załatwienia ważną kwestię, jaką było międzynarodowe uznanie Ziem Zachodnich i trzeba przyznać, że dążył do tego konsekwentnie. Chciał wymusić uznanie granicy przez RFN. W momencie, kiedy ta granica została uznana przez Niemcy zachodnie jako nienaruszalna, ten pragmatyczny powód ustawiania się w silnej opozycji do Niemiec stracił znaczenie. Polityka, którą prowadził później Gierek względem Niemiec, nie była kwestionowana.

Natomiast w przypadku Kaczyńskiego i PiS-u – nie ma nic istotnego do załatwienia z Niemcami. Jest tylko ideologia i wyobrażenia, mity. W związku z tym nie sądzę, żeby nastąpiła korekta, chyba że koszty tej polityki będą tak wielkie, że zmuszą Kaczyńskiego i PiS do zmiany retoryki, bo to retoryka cyniczna. Była pani Merkel w Warszawie i widać było, że można tej retoryki nie używać. Wszystkie działania, które dziś następują, mogą doprowadzić do zmiany stosunków polsko-niemieckich. Nawet przy zachowaniu obecnego rządu Niemiec. A jeżeli CDU przegra, nie daj Boże, wybory i nastąpi powrót do orientacji kanclerza Schroedera, czyli szukania porozumienia z Moskwą, to wtedy izolacja Polski będzie jeszcze głębsza i znajdziemy się w bardzo nieciekawej czy wręcz groźnej sytuacji.

Myślę, że PiS w ogóle nie lubi Zachodu, bo nie lubią liberalizmu, społeczeństwa wolnego, otwartego, swobodnego i jest ogromna bariera kulturowa, która każe czuć im się obco w tym świecie. Do tego dochodzi poparcie przez Zachód opozycji w Polsce i poparcie dla Tuska. A wcześniej Geremka, Mazowieckiego, Bartoszewskiego. To są wszystko „wrogie siły”. Oni chcą w ogóle innej Polski.

Nie brzmi to optymistycznie.

Bo uważam, że jesteśmy w trudnym momencie i bardzo niebezpiecznym.

Dlaczego Kaczyński tak bardzo nie lubi Niemiec? Mówił pan wcześniej, że utożsamia Zachód z Niemcami, a wiadomo, że Zachód jest zły, bo Komisja Wenecka, bo się czepia o praworządność, o Trybunał, ale czy możemy poszukać tu drugiego dna?

Myślę, że PiS w ogóle nie lubi Zachodu, bo nie lubią liberalizmu, społeczeństwa wolnego, otwartego, swobodnego i jest ogromna bariera kulturowa, która każe czuć im się obco w tym świecie. Do tego dochodzi poparcie przez Zachód opozycji w Polsce i poparcie dla Tuska. A wcześniej Geremka, Mazowieckiego, Bartoszewskiego. To są wszystko „wrogie siły”. Oni chcą w ogóle innej Polski. Zatem Polska, która jest powiązana nićmi kulturowymi z Zachodem, jest im głęboko obca.

Wszyscy chcą iść na Zachód, tylko PiS szuka jakiejś własnej formy idei państwa, narodu, religii, czegoś, co nie istnieje w Europie zachodniej i istnieć nie będzie. To zaskakująca próba wyizolowania samych siebie.

To idée fixe. Jaka może być inna Polska? Tu nie ma alternatywy – albo powiązanie z Zachodem i Unią, albo Rosją.

Właśnie tak. PiS próbuje przeciwstawić Zachodowi Grupę Wyszehradzką, sojusz państw, które są konserwatywne, chłopskie, ludowe. Tylko to wizja absurdów, bo np. Czechy są mieszczańskie i zsekularyzowane, poza tym te kraje szukają właśnie oparcia w Zachodzie i jego wielkiej sile, także ekonomicznej. To było wyraźnie widać w czasie głosowania na szczycie. Największa klęska PiS-u to właśnie brak poparcia któregokolwiek z krajów wyszehradzkich. Wszyscy chcą iść na Zachód, tylko PiS szuka jakiejś własnej formy idei państwa, narodu, religii, czegoś, co nie istnieje w Europie zachodniej i istnieć nie będzie. To zaskakująca próba wyizolowania samych siebie.

Czy możemy powiedzieć, że Niemiec zastąpił w tej negatywnej konotacji Żyda?

Nie mieszałbym tych dwóch ksenofobii. Żyd jest dalej zły, ale to coś wewnątrz naszego społeczeństwa. Niemiec to ktoś z zewnątrz. Nie ma mniejszości niemieckiej w Polsce, może gdzieś na Opolszczyźnie. Niemiec to siła zewnętrzna, której część społeczeństwa – idąca za PiS – się boi i odwołuje do poczucia niższości ludzi w Polsce. Niemcy to ci bogaci, sprytni, silni, jeżdżą mercedesem, mają wysokie PKB. To takie poczucie ubogiego i zakompleksionego krewnego. Na tym bazuje to poczucie w sensie psychologicznym. Oczywiście są tu elementy wspólne z Żydem, czyli obcym w ogóle. Jednak nie da się tego łatwo powiązać.

List biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku wynika właśnie z tej perspektywy. To polityka z perspektywą trwałą, to polityka Wojtyły, licznych środowisk katolickich, żeby właśnie budować mosty porozumienia z Niemcami. Zresztą po stronie Niemiec to było, mimo początkowych oporów, rozumiane. To był ogromny proces, który dziś jest zupełnie zapomniany.

Czy ta dzisiejsza antyniemieckość może wynikać z doświadczeń II wojny światowej?

Problem antyniemieckości wynikający z II wojny światowej i zbrodni w sposób naturalny zanikł w latach 70. i następnych dziesięcioleciach. Złożyło się na to wiele kwestii. Przemiany pokoleniowe, naturalna integracja Ziem Zachodnich, brak realnych konfliktów z państwem niemieckim, ogromna pomoc Niemiec dla Polski w latach 70. i 80., także paczkowa, wyjazdy do Niemiec Polaków, akcja Kościoła katolickiego, zaczynając od listu biskupów polskich do biskupów niemieckich. Zresztą zatrzymajmy się przy tym na chwilę.

Mówimy o słynnym liście biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku. „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”…

Tak. Wówczas biskupi polscy z kardynałami Wyszyńskim, Wojtyłą, Kominkiem i innymi doskonale wiedzieli, że problem znormalizowania stosunków z Niemcami i zasypywania nienawiści jest fundamentalnie ważny, jeżeli Polska ma wyjść z izolacji jako przybudówka ZSRR. Jeżeli ma otworzyć się na Europę, to nie ma innej drogi do niej niż przez Niemcy. A zatem trzeba powściągnąć nawet własne poczucie krzywdy i trzeba myśleć o przyszłości i lepszym świecie. Ten list biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku wynika właśnie z tej perspektywy. To polityka z perspektywą trwałą, to polityka Wojtyły, licznych środowisk katolickich, żeby właśnie budować mosty porozumienia z Niemcami. Zresztą po stronie Niemiec to było, mimo początkowych oporów, rozumiane. To był ogromny proces, który dziś jest zupełnie zapomniany.

Dziś polityka polska jest samobójcza. To samobójstwo popełniane na kilku bardzo ważnych polach racji stanu w imię jakichś dziwnych dogmatów ideologicznych, w imię absolutyzacji jednej partii, jednej władzy, populistycznej ideologii. To wszystko jest jak sen aberracyjny. Realnie to Polsce bardzo szkodzi. Trudno mi znaleźć w historii ekipę, która chciałaby szkodzić własnemu krajowi.

List uważany jest za jeden z najważniejszych etapów pojednania polsko-niemieckiego.

Tak, bo za nim szły realne polityczne zachowania procentujące dla Polski, na przykład poparciem niemieckich kardynałów dla Wojtyły na konklawe w 1978 roku. Niewątpliwie w tamtych czasach Kościół był ważnym elementem budowania współżycia w pokoju i perspektywie dobrych stosunków.

Mam wrażenie, że z tamtego mądrego Kościoła dzisiaj niewiele pozostało.

Dzisiaj Kościół wobec tej propagandy całkowicie zawodzi. Powiem nawet bardzo ostrymi słowami: Kościół zdradził sam siebie. Zdradził najważniejsze idee Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego. Popadł w tępy nacjonalizm.

Panie profesorze, a gdzie widzi pan inne konotacje w historii obecnej polskiej polityki? Mówię o zamachu na Trybunał Konstytucyjny i praworządność, o wybijaniu nastrojów nacjonalistycznych, obaw, ksenofobii.

Ciężko powiedzieć, bo mam wrażenie, przynajmniej w tych wątkach, o których mówimy, że dziś polityka polska jest samobójcza. To samobójstwo popełniane na kilku bardzo ważnych polach racji stanu w imię jakichś dziwnych dogmatów ideologicznych, w imię absolutyzacji jednej partii, jednej władzy, populistycznej ideologii. To wszystko jest jak sen aberracyjny. Realnie to Polsce bardzo szkodzi. Trudno mi znaleźć w historii ekipę, która chciałaby szkodzić własnemu krajowi. Nawet Gomułka, o którym tu rozmawialiśmy, miał racjonalne podłoże swojej polityki. Musiał legitymizować władzę w pokoleniu, które właśnie wyszło z wojny. Z drugiej strony, aby wymusić na Niemcach uznanie granicy na Odrze i Nysie, a po trzecie wymusić poczucie, że ze Związkiem Radzieckim musimy trzymać, bo Niemcy są groźne dla Polski. To miało pewną racjonalność. Na tamtym etapie te założenia nie były szaleństwem. Dziś nie widzę żadnego sensu takiej polityki, jaką prowadzi rząd PiS.

wiadomo.co



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>